Ayahuasca Daime – nowy początek?

Byłem niedawno, na moich dwóch pierwszych Ceremoniach z Daime. Mój cykl 3-letni zatoczył koło, Aya mnie przywołała. Pierwszy raz w tym miejscu (Nosso Lar), pierwszy raz z Duchami tej rośliny. Początek, podobny do poprzednich Ceremonii w innym miejscu. Przyjazd, popołudnie i wieczór na aklimatyzację, wyciszenie (tu wtrącę, że tę lekcję słabo odrobiłem co się okaże później 🙂 Od pierwszej chwili – energetyczne, DOBRE miejsce.

Dzień 0

Przywitanie też takie jak lubię. Normalne, bez zalewania i topienia w radości i miłości nowo poznanej osoby. Na pewno jednak miejsce doskonałe energetycznie. Za każdym razem gdy jadę “gdzieś tam” to odczuwam albo niepokój i “nieswojość” albo, jak w tym przypadku – jestem u siebie. Rozpakowałem się, zająłem łóżko (co później również okazało się znamienne w skutki, że wybrałem akurat ten pokój z 4 pozostałych. Zrobiłem sobie ziółka do picia i czekałem na przyjazd kolejnych “Ceremonialsów” 🙂

Jestem obserwatorem, patrzę, słucham i wyciągam wnioski. Tak, czasami pochopne, ale zawsze mogę przyznać się do błędu, bo jak to powiedział pewien młody (ale bardzo mądry) uczestnik tychże warsztatów. Jesteśmy ludźmi i popełniamy błędy. Pozwól sobie na to. To jest część człowieczeństwa. Jak się później okazało – to bardzo cenna uwaga.

Przyjeżdżali kolejni i kolejni. Jedni “przypasowali” mi energetycznie, inni drażnili. Szczególnie drażniły mnie dwie “gaduły”. To co się wydarzyło wieczorem, miało być lekcją dla mnie. Bo te dwie “gaduły” wybrały ten sam pokój co ja! Teraz jednak, bardzo się z tego cieszę. Dlaczego? Bo te dwie “gaduły” to dobrzy, energetyczni ludzie, inni niż ja, ale przez tę inność ja nauczyłem się czegoś od nich. Czegoś o sobie.

Dzień 1

Nauczony doświadczeniem wcześniejszych lat z Ayą, od tygodnia przed Ceremonią, byłem na płynnej, bardzo delikatnej wegańskiej diecie (swoją drogą to całkiem fajne papu – taka papka 🙂 nie trzeba gryźć :P) Rano, w dniu Ceremonii zjadłem garść owsianki, chwila relaksu i pierwsze zajęcia przed Ceremonią – Joga Kundalini. Słyszałem, ale nie jadłem można by powiedzieć. Powiem krótko – siłownia czy inne fitnesy mogą się schować. Jogin przygotował “kriję” (nie wiem jak to się pisze) która zwaliła z nóg, ale dała uczucie szczęścia 🙂 Nadeszła godzina rozpoczęcia i zawiązania Kręgu. Już sam ten fakt okazał się energią w czystej postaci. Każdy dostał kubeczek na Ayę (bo jak nie wiesz czy coś jest do zrobienia w Twoim życiu – przyjdź po kubeczek, gdy się wahasz czy iść po kolejny kubeczek, zdecydowanie idź po kolejny kubeczek). Moje wcześniejsze doświadczenia z Ayą pozwoliły mi delikatnie zapoznać się z Duchami tej Rośliny. Wiedziałem jak to się zaczyna. Przywitała mnie bardzo łagodnie, jak długo niewidziana Siostra, Mama lub po prostu ktoś bardzo bliski. Jak zawsze odczułem, że czas to ściema. Nie można “złapać” chwili, że to już. To się dzieje poza Tobą. Jestem typem, który zdecydowanie woli stacjonarne wglądy. Nie łażę, nie kombinuję. Kładę się i wnikam w wymiary których normalnie nie widać. Aya powitała mnie kolorami, bardzo dużą wrażliwością na dźwięki. Pierwszego dnia odrobić miałem lekcję, hmmm. jakby to nazwać, tolerancji to złe słowo, bardziej przesunięcia granic własnej przestrzeni. Bycia wspólną przestrzenią i dzielenia się nią. Bo, nie mogłem w to uwierzyć, w jurcie chociaż byłem pierwszy, zajmując miejsce wydawać się mogło w cieniu – moje “gaduły” ułożyły się po obu stronach mojego koca!! Dotarło to do mnie, gdy wróciłem do jurty z poduszką, a Oni byli obok mojego miejsca. Teraz już byłem pewny, że to jest po coś. Wracając do podróży. Aya przywitała mnie łagodnie dając czas na poznanie się. Zabrała mnie tunelami do środka, tunele były oświetlone moim ukochanym chabrowym kolorem. Pastelowy chabrowy i białe światło. Pierwszy dzień był przeznaczony na pracę z własną przestrzenią. Nad dzieleniem się nią. Nad zamianą zniecierpliwienia na śmiech z tego co wyprawiam. Coś jak lekcja z zaklęciem “ridiculous” z Harrego Pottera. Przykład – “Ceremonialsi” wydają różne dźwięki, śmieją się, wzdychają, wychodzą z jurty, trzaskają drzwi. Cała masa przeszkadzajek. Gdy tylko ktoś zbyt mocno, zbyt głośno (jak na moje granice) zaczynał się zachowywać, pojawiały się dwie kobiety. W barze, w podziemiach klubu nocnego. Kobiety imprezowe, ale nie w złym znaczeniu, nie prostytutki, ot po prostu, kumpele przyszły się zabawić i napić :). Właśnie te dwie dziewczyny unosiły drinki i krzyczały, przepraszam ale to będzie cytat: “ciszej kurwaaaa!”. Pokazywały się do chwili, gdy tak mnie to rozśmieszyło, stacjonarnie zacząłem się chichrać i podczas późniejszych godzin i kolejnego dnia, może pokazały się dwa razy. Bardziej w formie – widzę, ale one nie mówią. Może chcą, ale w sumie to po co. Moje stacjonarne przeżywanie Ceremonii pewnie wiąże się z tym, że pozycje, oploty i sploty mojego ciała, kończyn, przeczą anatomii. Ale tam gdzie zaczyna się Aya, pojęcie niemożliwości, w tym przypadku anatomicznych traci sens. Wrócę na chwilę, aby zakończyć dzień 1, do “odrabiania lekcji” wyciszania. Teraz patrzę na to trochę bardziej symbolicznie, ale wtedy było to dość niezrozumiałe. W realnym życiu zdarza się dość często, że wysyłam paczki z różnymi rzeczami. Aya też “wysyłała” paczki firmą UPS 🙂 w nieznanym kierunku, do nieznanego miejsca. Ale paczki, paczki, paczki. Może to paczki z zabranym nadmiarem potrzeby własnej przestrzeni. Równowaga musi być. Tego pewnie było we mnie za dużo.

Dzień 2

Scenariusz ten sam, mała porcja owsianki na śniadanie, Kundalini (tym razem nie fizyczna, a oddechowa krija) i krąg. Ten krąg i Ceremonia zmieniła bardzo dużo. Zauważyłem jedną bardzo ważną dla mnie sprawę. Nie było wglądów głębokich, nie umierałem, nie byłem po drugiej stronie. Aya wie co jest potrzebne “tu i teraz”. Aya zabrała mnie znów bardzo łagodnie, ale już głębiej niż poprzedniego dnia. Jurta zmieniła się w coś na kształt pentagonu. Z lustrami, gdzie widziałem wszystkich z każdej strony. To był mój eksperyment, wciąż stacjonarnie, choć na siedząco. Potem jednak położyłem się aby doświadczyć przeróżnych wglądów w sprawy codzienne. Zanim jednak o tej najważniejszej sprawie, chcę podzielić się kilkoma ciekawostkami. Neurony – nie uważajcie ich za “automaty”. To świadome byty, które bardzo się oburzyły, gdy stwierdziłem, że robią wszystko według programu. Zabrały mnie do siebie, rozmawialiśmy długo. Było ich baaardzo dużo, pojawiły się trochę w postaci podobnej do Minionków. Nie były jednak tak niezdarne. Bardzo poważnie podchodziły do swojej działalności. Faktem jest, że działały bardzo powoli, gdy Aya krążyła we mnie. Wszystko zaczęło się, gdy zobaczyłem jak jeden z neuronów człapie (dosłownie) do miejsca gdzie powinna pojawić się informacja – zmień pozycję ciała. Przyczłapał i powiedział mi o tym ziewając. Tak, gdy jestem w transie, leżę bez ruchu wiele godzin. Fizyczność jednak daje o sobie znać i co jakiś czas muszę zmienić pozycję. Stąd ten neuron. Jednak pomysłowość neuronów nie zna granic. Kolejne razy, neuron przylatywał (!), żeby było szybciej jak mniemam – jako Dwoneczek z bajki Piotruś Pan, mając twarz Jagody :)))) (pozdrawiam). Machała różdżką mówiąc np. prostujemy nóżki, kładziemy się na pleckach (stosując właśnie takie zdrobnienia) i wtedy ja, jak za dotknięciem tejże czarodziejskiej różdżki wykonywałem zmianę pozycji 🙂 Była cała masa wizji, rozmów i w pewnym sensie dość nieprzyjemnych dla mnie, słów prawdy od Ducha Rośliny. Tego nie będę opisywał, bo to byłoby ciężkie i w sumie niezrozumiałe dla kogoś, kto to czyta. To osobiste, prywatne części mojego życia. Wreszcie nadeszła pora na wgląd w to co najważniejsze z tej Ceremonii. Dla tych którzy nie czytali wspomnień sprzed 3 lat, krótko napiszę – moja córka pojawiła się w ostatniej wizji, wskazując moje serce jako poszukiwane jajo Feniksa. Od tamtej pory, gdy umarłem i narodziłem się ponownie – zmienił się cały mój świat. Moja córka uratowała mnie przed ciemnością. Teraz też pojawiła się córka, sytuacje codzienne, życiowe. Najcięższe i najsmutniejsze co mogło mnie spotkać, zarazem jednak najjaśniejsze i najprostsze z rozwiązań. Stwierdzenie “za chwilę”. Aya pokazała mi wszystkie sytuacje, gdy moja córka przychodziła do mnie o coś zapytać, poprosić o pomoc w zwykłych sprawach (lekcje, chciała coś opowiedzieć o tym co się wydarzyło w szkole, o czym przeczytała w książce) po prostu – życie. Ja odpowiadałem w 99% przypadków – “za chwilę”, zajmując się innymi sprawami które wcale nie były tego warte. Widziałem znów wszystkie te razy, jak odchodzi zrezygnowana, widziałem jej smutek, widziałem je zawód. Czułem to co Ona, czułem się okropnie. Czułem się źle, czułem, że popełniłem błąd. Wiedziałem co zrobię. Aya nawet mi tego nie musiała mówić wprost. Wiedziałem, że muszę wrócić i ją przeprosić. Powiedzieć, że zrozumiałem wszystko. Że nigdy więcej nie usłyszy ode mnie stwierdzenia “za chwilę”. Nie ma za chwilę. Jest tu i teraz. Za chwilę nie istnieje. Płakałem jak bóbr (o ile bobry płaczą), podczas dzielenia się tym co przeżyliśmy, już po Ceremonii. Nie mogłem wydusić słów. Było mi paradoksalnie – źle (bo to co robiłem było nieodpowiednie) i zarazem lekko i byłem szczęśliwy, bo wiem, że to się nie powtórzy. Bo wiem co mam zrobić.

Dzień 3

Siedzę jak na szpilkach. Chcę jechać do córki 🙂 Pojechałem i wszystko się zmieniło, a na Jej biurku stoi figurka, którą otrzymałem od bardzo bliskiej mi osoby, choć poznanej parędziesiąt godzin wcześniej.

To koniec mojej podróży z Santo Daime. Koniec tej podróży, ale nie koniec drogi. Ta droga nigdy się nie skończy w tym wymiarze.

Chcę jeszcze podziękować Wszystkim za wspólne przeżywanie, za współczucie tej Ceremonii. Za wspólną przestrzeń i to, że nauczyłem się bardziej dzielić nią z innymi. To, że moje dwie “gaduły” pozwoliły mi doświadczyć tego, że mądry nie musi oznaczać stary. Jeden z moich wspaniałych współczujących (uwielbiam to słowo – ono wcale nie ma negatywnego wydźwięku – my naprawdę współczuliśmy :), jeden z nich mówił jakby czytał wcześniej napisaną książkę. Mówił pięknie, mądrze a ja zrozumiałem, co mnie drażniło na początku. Wiem, że mogę to napisać, bo jestem dumny z tego zrozumienia. Drażniło mnie to, że go nie ROZUMIEM. Stereotyp wryty głęboko w jaźń. Jak taki młodzik może być tak pięknie mądry. Może, chylę czoło. Druga “gaduła” – było Go zbyt dużo na początku. Ciągły potok słów. Zalewanie informacjami z każdej strony. Teraz rozumiem dlaczego. To jednak pozostanie moją i jego tajemnicą.

Szalonej trójce koleżanek, które zachwyciły śpiewem wprost z serca. Jagoda, Beata, Martyna. Niedoszłemu mnichowi który szuka wciąż siebie, Joginowi i Jego Żonie za pomoc, ciepło, zaproszenie i wsparcie. Gospodarzom miejsca za ciepło, miłość i zwyczajność (tak, właśnie zwyczajność jest dla mnie ważna, zwyczajność = równowaga pomiędzy “jestem a bądź”). Gospodarzowi, Jemu bardzo osobiście, za dar dla mojej córki, aby nigdy więcej nie usłyszała “za chwilę”. Psiakom, że były z nami podczas Ceremonii. Psy są psychopompos, więc ich obecność pomaga. Dziękuję Siwej (kotka) za wieczorną mysz, którą przyszła podzielić się ze mną i kolegą. Dziękuję, za wspaniałe jedzenie jednoosobowej wspaniałej firmie cateringowej w osobie Marii. Za Rapee, za śpiew Sylwii i Konrada i wszystkich nas. Nikogo nie pomijam, nawet jeśli nie napisałem o kimś. Napisałem o najmocniejszych moich wglądach.

Tu i teraz jest zawsze, “za chwilę” przestało istnieć.

Podpalenie poddasza

Śniłem o koledze, z realnego życia. Byłem u niego w domu. Prosił, żebym pomógł mu podpalić poddasze. Nie wiem dlaczego chciał to zrobić. Układałem koce, poduszki i inne łatwopalne elementy na schodach, miałem to polać benzyną. Wciąż jednak mówiłem, że to zły pomysł. To wzbudzi podejrzenia, drugi (!!?) pożar w ciągu dwóch tygodni. Poza tym od razu zobaczą resztki tych materiałów na stole, znajdą opary benzyny. Nikt nie uwierzy, że to przypadkowy pożar. Wciąż jednak przygotowywałem się do podpalenia. Zrezygnowałem jednak, gdy zobaczyłem, że dom nie jest pusty. Jego syn nagle się pojawił, zaczął się bawić w pokoju na poddaszu, skakać z piętra na dół. Zupełnie nieświadomy zagrożenia. Kolega też wydawał się nie przejmować obecnością syna. Domu nie podpaliłem.

Chłód i gorąc

Jechałem po czymś w rodzaju prerii. Przeogromna przestrzeń. Nagle zaczęła zalewać tę powierzchnię woda. Auto było praktycznie pod wodą. Przyszedł bardzo zimny wiatr, zrobiło się sucho i mroźnie. Woda zniknęła a ja patrzyłem w dal. Potem stara ceglana (w sensie materiału budowlanego) fabryka, dziwne korytarze, łukowe sklepienia korytarzy. Wszystko z cegieł. Czułem się jakbym biegł w rurze. Wyszedłem z budynku, oglądałem niby wiadomość w tv, ale ja to widziałem własnymi oczami. Bezdomny zsuwał się po popiele do wnętrza pieca(też okrągłe wejście, jakby rura, ale tylko dolna połowa, zsuwał się do pieca!!), krzyczy, woła o pomoc. Rzuca mu się ktoś na ratunek, wyjmuje go ale sam potrzebuje pomocy. Pojawia się strażak w srebrnym kombinezonie i wchodzi do tego pieca. Ma ogromny problem z wyjściem. Jednak wszystko się udało, inni strażacy pomogli.

Pokoik do wynajęcia

Coś mam cykl snów o pomieszczeniach. Pustych, jasnych i bardzo prostokątno-kwadratowych. Tym razem pokazywałem znajomym (w realu są braćmi i we śnie też byli swoimi braćmi) pokoik do wynajęcia. Nie był częścią mieszkania. Był jakby wstawiony w długi korytarz, na jego końcu po prostu był prostokątny pokoik. Ciasny,, na szerokość ramion dorosłego człowieka. Mieściło się łóżko, biurko z krzesłem i lodówka. To był motyw przewodni, bo oni pytali o tę lodówkę. Czy działa. Otworzyłem, pokazałem że działa. Lodówka była pełna jedzenia. Wszystko świeże, kolorowe i załadowane od dołu do góry. To ich bardzo ucieszyło i zdecydowali się wynająć ten pokoik.

Piwnica

Bardzo ciekawy sen. Śniłem o piwnicy, w kamienicy, gdzie mieszkałem jako dziecko. Piwnica była oczyszczona, bardzo jasno oświetlona. Na środku stały stare komputery.  Chciałem je uruchomić, chyba coś było nie tak. Odłożyłem więc to na później i zająłem się zasypywaniem rowu, który powstał wzdłuż dwóch ścian. Jakby ktoś obniżył betonową podłogę. W jednym miejscu pojawiła się nawet stojąca woda. Czyściutka. W pewnego rodzaju niecce, która powstała na najniższym poziomie piwnicy.  Bardzo pozytywnie odebrałem ten sen. Czysta, choć betonowa piwnica. Jasno oświetlona białym światłem.

Inny wymiar, dziwne numery telefonów i rodezjan

Moja córka mieszkała z mamą w innym miejscu niż ja. Poszedłem się zobaczyć z córką. Poszliśmy na spacer. Zrobiło się ciemno, wieczór. Gdy wracaliśmy, odprowadziłem ją pod dom.Dziwnie się zrobiło, gdy weszła do innego budynku. Zdziwiłem się mocno. Poprosiłem, żeby zadzwoniła do mnie, gdy wejdzie do domu. Zadzwoniłem do jej mamy i zapytałem czy dotarła. Odpowiedź padła, że tak, ale padło również pytanie dlaczego pytam o tę dziewczynkę i skąd mam ten numer. Wtedy przyszła mi do głowy myśl – to nie mój wymiar. Wszystko jest inaczej. Trochę spanikowałem. Poszedłem dwie ulice dalej, gdzie mieszkał mój kolega z podstawówki. Miałem dwa numery telefonów. 401 79 31 i 402 79 32. Zadzwoniłem na pierwszy z nich. Odezwał się ktoś. Zapytałem, czy to mieszkanie Państwa Dymek (tak się kolega nazywa). Ktoś po włosku powiedział, że to pomyłka (zrozumiałem wszystko, to była jakaś pracownia architektoniczna). Przeprosiłem, wykręciłem drugi numer. Na telefonie pokazał mi się opis – serwis/salon samochodowy. Był wieczór, więc to chyba zgłosił się portier. Znów zapytałem czy to mieszkanie państwa Dymek. Portier zapytał czy to numer wewnętrzny czy zewnętrzny. Zdębiałem i mówię – chodzi mi prywatne mieszkanie. Chyba się rozłączyłem lub portier to zrobił. Szedłem znów w kierunku domu córki. Obok przystanku autobusowego pojawił się pies, rodezjan. Zaczął mnie obwąchiwać dość mocno. W pierwszym momencie przestraszyłem się, bo miałem na sobie krótkie spodenki a pies zdecydowanie kierował nos w kierunku mojego krocza. Strach nagle zniknął a ja po chwili się obudziłem.

Szałas Potu pod Milanówkiem 11-12 sierpnia 2018

Ostatni Szałas, ale pierwszy mój w nowiu (11-12 sierpnia). Prowadziła jak zwykle wręcz doskonale, Iza Ołdak. Niesamowite, energetyczne miejsce, gospodyni miejsca radosna i otwarta, były też dwa przyjazne psy (choć wygląd na to nie wskazywał). Budowa Szałasu, jak to budowa. Budowanie Szałasu to nie tylko wznoszenie kopuły. To przede wszystkim budowanie wspólnoty. Każdy brał się za to co było pod ręką. Sprawnie poszło i pięknie wyszło. Szałas prezentował się niczym doskonałe SPA 🙂 (tak, teraz gdy czytam tekst przed publikacją, uświadomiłem sobie, że nie zrobiłem zdjęcia Szałasu po ukończeniu 🙂 Ale mam go w pamięci. Był wspaniały.

Ogień i „zapalacze” polubili się od pierwszej iskry. Ognisko płonęło jak zaczarowane. Wspaniała pogoda, ciepło i bez deszczu. Szamani to jednak potrafią żyć w zgodzie z Duchami i uzgodnić pewne sprawy wcześniej. Tu, muszę wtrącić jednak sytuację po słowach Izy – wchodzimy do Szałasu. W tym momencie zaczęły trzaskać pioruny, niebo jaśniało rozbłyskami, LAŁO! Przez 5 minut :))) Ceremonię okadzania zrobiliśmy w domu, gdy już wszyscy byli w Szałasie deszcz ustał, przesunął się gdzieś obok razem z burzą. Po moim ostatnim Szałasie, w Zajęczym Jarze, gdzie wchodziłem z intencją „nieoszukiwania siebie”, tu, pojawiła się intencja „uważność wobec siebie”.  Trafiona, wspaniała intencja. Kolejne bramy przebiegały jakbyśmy dopiero przed chwilą weszli. Mnie najmocniej dotknęła brama 3. Dojrzałość. Pojawiła się niesamowita wizja (oczywiście mój obrazek nie oddaje jej w żadnej skali).

 

Ale potęga i czystość emocji które się pojawiły i to, że nie pamiętam tego co się działo w Szałasie, spowodowały ogromną ulgę po „przebudzeniu” Lewitowałem nad/przy ogromnym (100-200 metrowym) wodospadem. Wodospad zaczynał się lać czarną mazią (smołą) wymieszaną z wodą. Im niżej, tym bardziej smoło zostawała oddzielana od wody. Woda stawała się czystsza, biała, jak bałwany wodne w górskich potokach. Mniej więcej w połowie woda oddzieliła się od wodospadu i smoły i uderzyła (ale nie boleśnie) we mnie. W klatkę piersiową, w splot słoneczny. Do doświadczenie trwało chwilę, ale ono także wybudziło mnie z wizji. Brama czwarta – bo był już wręcz fizyczny ból. Na poziomie ciała, byłem wykończony, słaby ale i bardzo lekki. Wyjście z Szałasu było bardzo oczyszczające. Czyste niebo nad nami, spadające meteoryty (jakieś roje przechodziły wtedy nad Polską). Potrzebowałem być tylko ze sobą. Otulony w koc doświadczałem drugiej, czwartej bramy już poza szałasem. Śmierć w spokoju i lekkości.

 

Muszę także napisać o Izie w innej kwestii. Ona naprawdę ma ogromną moc. Mnie, „zmusić” do rysowania czegokolwiek??? To udawało się tylko nauczycielom w szkole podstawowej na zajęciach z plastyki. Izo!!!! Czuj się więc Nauczycielem 🙂

 

Namaste!

 

Liczenie liter w utworze

Bardzo dziwny, ciekawy i dość niepokojący sen. Śniło mi się, że jakaś dziewczynka (moja córka??) miała za zadanie nauczenia się jakiegoś utworu na pamięć (brzmiało to trochę jak kolęda) i dodatkowo, miała policzyć ile liter jest w całym utworze. Utworu się nauczyła, ale o ilości liter zapomniała, nie zdążyła. Nie wiem. Starałem się jej pomóc. W internecie szukałem tego utworu, chciałem go otworzyć w Wordzie lub czymś podobnym, żeby mi policzyło ilość liter. Utwór znalazłem, ale w telefonie nie miałem edytora, w panice próbowałem to jakoś zainstalować, jakby od tego zależało moje/jej życie. W końcu znalazłem w sieci informacje o ilości liter. Najpierw było to 8192 później inna wersja 7916? Powstał spór z nauczycielem, czy odstępy to też litery, czy nowe linie to znak czy po prostu nowa linia itd itd. Wszystko chyba się dobrze skończyło, bo pytanie/zadanie było nieprecyzyjne w treści.

Ścigany

Dziwny sen, krótki ale nawiązujący do wczorajszego. Też budynek, chociaż już bez typowych pomieszczeń. Uciekałem przed kimś. To był budynek na pewno jakichś służb. Podejrzewam policję. Uciekłem i zacząłem biec schodami w dół, przeskakując czasami całe schody. Wciąż poruszałem się w prawo (to jest właśnie to nawiązanie do snu z domem babci, tam też chodziłem po mieszkaniu w prawo). Nawet gdy wskakiwałem na schody obok, żeby zmylić pościg, wciąż to była spirala w prawo. Biegałem po piętrach, czasami zwalniałem krok, idąc powoli, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Panował półmrok. Gdy spotykałem na korytarzach innych ludzi, podnosiłem rękę w geście pozdrowienia, jakby dając do zrozumienia, że ja to jestem swój, tylko pracuję na innym piętrze. Ciężki sen – fizycznie męczący.

Mieszkanie po babci

Szedłem ulicą, przy której mieszkała moja babcia. Postanowiłem wejść do mieszkania i zobaczyć kto tam teraz mieszka. Zapukałem , wszedłem. Okazało się, że mieści się tam nie tyle biblioteka, co magazyn/sklep antykwariatu ze starymi książkami. Mieszkanie nic się nie zmieniło, ale wszędzie były regały magazynowe, surowe, metalowa i na nich ustawione książki. Kobieta która tam była, zapytała w czym może mi pomóc. Nie mogłem wydusić z siebie słowa. Płakałem i chciałem powiedzieć, że tu mieszkała moja zmarła babcia. Wyglądałem jak siedem nieszczęść. Zapłakany, zaśliniony i za przeproszeniem, zasmarkany. Byłem w jakiejś histerii. Babci mieszkanie było całe przechodnie. Kwadrat z drzwiami do kolejnego pomieszczenia. Można było chodzić w kółko. Przedpokój, pokój, sypialnia, kuchnia i znów przedpokój :)))) Tak było i we śnie. Chodziłem w ten sam sposób jak za dzieciaka. Ganialiśmy się po mieszkaniu. We śnie chodziłem powoli patrząc na wszystko dokładnie. Zauważyłem tylko jedną rzecz, która była babci. To stara fotografia, gdzie był także dziadek, wszystkie dzieci babci i babci siostra. Nie uspokoiwszy się niestety, wyszedłem z mieszkania.