Śnieg, lód i pustka

Sen krótki, miałem go nie wpisywać, ale mnie męczy 🙂

Wszyscy (ze snu) pożegnali się, gdzie wyjeżdżali, za pracą, za bliskimi. Zostałem sam, choć nie do końca. Trafiłem na lodowe pustkowie gdzie mieszkał jeden mężczyzna. Mimo pustki śniegowej, lodowej i jakby zamarzniętej rzeczywistości, to miejsce było piękne. Wspaniałe. Człowiek z pustkowia poprosił mnie o pomoc w zdobyciu lodu (!?). Tak, w tym lodowym świecie nie mógł tego zrobić. Gdziekolwiek nie stanął, wchodził do lodowego oceanu – wszędzie pojawiała się woda. I to jaka. Fale, zakończone białymi bałwanami, ale woda obok była nieprawdopodobnie zielono-błękitna. Czysta jak szkło. Ten człowiek wchodził do oceanu, zanurzał się w tej lodowatej wodzie, próbując wyjąć kawałki lodu. Podszedłem mu pomóc. Wziąłem kawałki lodu w formie tafli, wielkości dłoni. Idealnie prostokątne. Idąc w kierunku wzgórza, na którym stał jego dom, jedna z tafli upadła, druga została w moich dłoniach. Udało mi się donieść bezpiecznie na górę. Dobry sen, emocjonalny, choć w lodowym świecie. I ten ocean, widziany ze wzgórza na którym stał maleńki domek. Ocean zieleni i niebieskości, głębokie i ciemne kolory, jednak tak piękne. Takie bezpieczne i miłe dla oka.

Daime 2019/2020 – zerojedynkowa lekcja.

Daime – Ceremonia noworoczna.

Pierwsza w moim życiu noworoczna, trzecia w Nosso Lar generalnie. Scenariusz dość podobny do innych. Przyjazd do domu, choć trzeci raz, to bardziej już powrót, niż przyjazd :)) Od razu oddałem telefon i kluczyki. Poczułem się wolny… Oczekiwanie na pozostałych, kogo znam, kogo widzę po raz pierwszy. Cisza, rozmowy, cisza. Niesamowite jest jednak to, że choć każda Ceremonia jest inna w swoim biegu, to jest totalnie niereligijna nawet w ułamku sekundy. Nikt nie mówi o bogach, bóstwach. Mówi się jedynie o człowieczeństwie, o miłości i prawach każdego z Nas. O jedności umysłów, o potrzebach szacunku, miłości i zrozumienia. Wewnętrznie – każdy jak chce, mogą być bogi, bóstwa, boginki. Nie ma tam w zachowaniu nikogo, chęci bycia guru, przejawów jakiejkolwiek wyższości. Rozmowa, szacunek – jesteśmy tacy sami. Ty przeczytałeś więcej książek, ja byłem w większej ilości krajów, tamten zna więcej krij kundalini. Ale to bez znaczenia. Jesteśmy równi. 

To już moja druga, bezwizyjna, lub prawie bezwizyjna Ceremonia z Daime. Czy to ja się zmieniłem i nie potrzebuję fajerwerków, czy to Daime doszła do wniosku, że nie czas na to? Znów to zdanie – to też bez znaczenia. Dla mnie bardzo ważne są myśli, przede wszystkim jednak uczucia i odczucia. To one dają mi pewność tego z czym się zmagam, to one nie pozostawiają mi marginesu wątpliwości. Są jak grawitacja – z nią ciężko dyskutować. Jest i koniec. Napiszę więc co czułem, z czym się zmierzyłem i do jakich wniosków doszedłem. Czy, może trafniejszym było by napisanie – dokąd wróciłem, zatoczywszy koło 🙂 

Dzień pierwszy – Uważaj, czego sobie życzysz.

Intencja zerojedynkowca – odpuść. 

“Odpuść” jako bardzo szerokie pojęcie. Potrzebowałem zwolnienia, przełożenia pomysłów na później, odpuszczenia pewnych myśli, zachowań, lęków. Zaniechania oczekiwań, chciejstwa. Powrotu do stabilizacji – wszystko w odpowiednim momencie STANIE SIĘ. Te wszystkie rozsynchronizujące emocje… one niebezpiecznie zaczęły zbliżać się do strefy 0, zza której widać granicę absurdu. Mojego absurdu. Do tego, jak zawsze, dochodzi świadomy głos, który walczy i dogaduje, gdy Aya próbuje podziałać. Zanim jeszcze Aya przyszła w pełnej krasie, myśl, jak natrętna mucha wkręciła mi się w głowę – “Ty umiesz odpuścić sam, nie potrzebujesz mnie do tego. Pokaż, że się nie mylę.” 

Trochę mnie Aya wzięła pod włos, bo teraz głupio było zaprzeczać oczywistości, którą w ten sposób skwitowała tak znamienita osobistość. Raz użyłem, może dwa razy hasła BORG – podporządkuj się, opór jest daremny (mniej więcej tak BORG asymilują inne rasy, zależy od trafności tłumaczenia. Chodzi o Star Trek, którego jestem fanem – dla niewtajemniczonych). Poddałem się totalnie bez walki. Jakże to jest niesamowite uczucie, gdy wchodzisz bardzo mocno w proces, totalnie bez lęku, zmęczenia, siłowania się umysłem. Po prostu – idziesz i jesteś. Ciekawe jest to, że nie było bardzo wizyjnie, jak już pisałem. To było w 90% emocjonalne. Spokój, nawet delikatne zdziwienie, że tak może być. Poczucie siły – ojacie, jakie to proste. Odpuściłem i nic mnie nie ruszy. Cóż więcej – no po prostu piękna podróż. Radosna, spokojna i bardzo głęboka. Wizje – nieopisywalne. 

Hmmm.. trzeba to zrobić także podczas następnej Ceremonii i po prostu, rachu ciachu jestem “de best”. Tja… Będąc już któryś tam raz na spotkaniu z Rośliną, powinienem się spodziewać niespodziewanego. Zgubiła mnie i uśpiła czujność prostota pierwszego dnia. Nie zapaliła mi się lampka – coś za łatwo poszło. 

Dzień drugi – umówiłem się, ale Ona nie przyszła. 

To było zaskoczenie. Najpierw na luzaku, przecież wczoraj wszystko poszło zgodnie z MOIM planem – no, widać taki dzień. Gdy tymczasem po kubeczku numer 1, nic się nie zadziało. Po drugim nic się nie zadziało. Poszedłem się przejść. Trochę zaniepokojony, podobnie jak wtedy, gdy powiedzmy przez 4, 5 kolejnych dni nie mam snów. Zaczynam się bać, że coś się stało 🙂 Tym bardziej, że moja wrażliwość, nawet na połowę kubeczka “numer 1” jest znana 🙂 Potrafię całą Ceremonię być “na jednym”.

Wróciłem do jurty. Coś tam czułem, mrowienie, może delikatną zmianę percepcji, inność dźwięków. Ale wciąż nic w ogólnym sensie. W środku byłem zdruzgotany. Pustką myśli, tęskniłem wręcz za tym dogadywaczem, którego normalnie wyganiam, tęskniłem za słowami Ayi, marzyłem, żeby ktokolwiek coś powiedział. Było pusto i cicho. Patrzyłem na siebie od środka, widziałem/byłem w  pustej czaszce, jak ogromnej jaskini. Poczułem się bardzo samotny, to był obłęd. Jurta pełna ludzi, radosnych, śpiewających, a ja, samotny, wkurzony na wszystko. Tak, drażniło mnie totalnie wszystko i wszyscy. Odbierałem to jako lekcję – że ktoś coś robi co mnie denerwuje, a ja mam dalej odpuszczać i nie odzywać się słowem. Tak to sobie tłumaczyłem, z lękiem i tęsknotą poszukując głosów we mnie. To jednak nie było to. Agresja, wkurzenie było pokłosiem pustki, samotności i zaskoczenia taką sytuacją. Teraz to wiem. Mój umysł nie umiał sobie poradzić z ciszą, choć ciszy fizycznie nie było (oj nie.. prawda Mokiki? :P) Usiłowałem różnymi sposobami wejść głęboko w umysł, wywołać jakiekolwiek obrazy. Zawsze, jedyne co mogłem zobaczyć to stare, zakurzone i poszarzałe zabawki z placu zabaw, stare karuzele, brudne maskotki, maszyny, ale większość była wyłączona z prądu. Pusta, skrzypiąca, samotna. Nikomu niepotrzebna. Aya nie przyszła wcale. Do ostatniej chwili czekałem. Nie przyszła. Pozostawiła tylko emocje, pozostawiła przeświadczenie, że skrajności prowadzą do samotności. Nie mówię tutaj o wyborze “tak lub nie”, “mleko czy woda”. Mówię o odpuszczeniu. Odpuściłem wszystko, odebrano mi wszystko. Skrajność prowadzi do samotności. Odpuściłem emocje – pozostała mi dezorientacja. Nie umiem tego inaczej wyjaśnić. Wiem, że to był błąd. Może nie tyle błąd, tylko czas na taką lekcję. Gdy przestanie mi zależeć, gdy przestanę tęsknić, kochać, bać się – przestanę istnieć. Będę sam, samotny w ciszy wewnętrznej, choć w głośnym świecie ludzi. Tak nie umiem żyć. Moja zerojedynkowość nie jest rozwiązaniem na każdą sytuację. Szarość, to najpiękniejszy kolor żeby żyć ;)))) Zerojedynkowość powinna być używana wyłącznie tam, gdzie nie ma lepszej metody. Do sytuacji, gdzie lewo-prawo jest uzasadnione.

Kolejną lekcją była końcówka Ceremonii, już po zamknięciu kręgu, po sharingu. Sharing – mocno oczyszczający, jak zwykle powiedziałem zupełnie nie to, co układałem sobie w głowie. Jak zwykle górę wzięły emocje, a nie jakaś kalkulacja i przemowa. Przemówienie układane misternie “w trakcie” zawsze zmienia się totalnie. 

Po tym wszystkim pojawiło się poczucie wspólnoty. Poszedłem do Was (Was wszystkich którzy byli w jurcie) i byłem. Byłem Wami a Wy byliście mną. Poczułem, że jestem wszystkim. Nie byłem sam, słyszałem każdego z Was. Byłem mareado, choć nie widziałem zbyt wiele, to czułem. Mogłem przytulić każdego i każdą z Was. Nie można być i nie czuć. Ja byłem i czułem. Byłem każdym z Was.

Mieszkanie babci i dziadka

Czekałem na jakąś kobietę, mieliśmy się spotkać w biurze. Jednak ja, wyszedłem jej na spotkanie. Było to przy ulicy, gdzie mieszkali moi dziadkowie. Wiedziałem, że nie możemy pokazać się razem, weszliśmy do mieszkania. Było takie jak je pamiętam, choć puste i zimne. Nawet nie usiedliśmy, chłód był przejmujący. Wyszliśmy na ulicę, chwilę porozmawialiśmy. Potem to już była retrospekcja zmieszana z aktualnościami. Porównywałem budynki, miejsca – co jest teraz, co było kiedyś, gdy byłem dzieckiem.

Szałas Potu pod Kłodzkiem.

Opiszę troszkę miejsce, troszkę samą ceremonię. Było mocno inaczej, czegoś było za mało, czegoś za dużo. Jak zawsze będę subiektywny, bo to w końcu moje odczucia 🙂

Miejsce – dom. Niesamowite, dobre, energetyczne, przyjazne – na bogato 🙂 wyposażone.

Miejsce – okolica. Piękne, rozległe, wolne. Dzikie łąki, lasy, góry.

Budowa Szałasu (tak, ja będę używał wciąż nazwy Szałas Potu) przebiegła bardzo sprawnie. Las obdarzył nas odpowiednimi materiałami, okoliczne pola pięknymi, warstwowymi kamieniami.

A tak wyglądało już po zakończeniu pracy.

Ogień rozpalił się błyskawicznie, dając pewność, że kamienie rozgrzeją się i będą z nami w pełnej, gorącej krasie 🙂

Sama Ceremonia inna niż do tej pory znałem. Cicha. Bardzo cicha. Bez słów, bez wyraźnych granic. Taki eksperyment. Ba… dodatkowo doszła runda 5, która normalnie nie występuje. Już bez dodatkowych kamieni. Ja, wewnętrznie i tak zrobiłem sobie rundy, zapraszanie duchowych gości, intencje. Do tej formy jestem przywiązany i nie chcę tego zmieniać. Podobnie będzie, jeśli kiedykolwiek pojawi się runda 5 – dla mnie Szałas musi zakończyć się po rundzie 4. Ta runda powinna być najgorętsza, by po wyjściu z Szałasu móc doznać „szoku termicznego” tak bardzo potrzebnego umysłowi i ciału. Szałas był mocny, dla mnie osobiście bardzo potrzebny, szczególnie moim intencjom. Był śpiew (po raz pierwszy poczułem potrzebę śpiewu, sam z siebie). Czułem się wolny, czułem radość, ale także konieczność oczyszczenia z pewnych nadmiarowych emocji.

Ostatnią innością tego Szałasu była pora jego rozpoczęcia oraz krótkość trwania. Może było to 75, może 90 minut. Około 20 byliśmy już w domu, zastanawiając się – co robić, z tak pięknie rozpoczętym wieczorem? :))

Nie da się pominąć jedzenia, które każdy z nas przywiózł ze sobą. Wszystko było wspaniałe, smaczne. Przygotowane z sercem.

Tak, to były warsztaty zupełnie nowe, z elementami starego, częściowo zmodyfikowane. Takie jak miały być na ten moment. Dla mnie bardzo ważne, bo pewne rzeczy ja też zrobiłem inaczej, po raz pierwszy. Wszystko wyszło doskonale.

Las

Piękny ale i trochę smutny sen. Takie mam wewnętrzne odczucia. Kocham być w lesie. Kocham las jesienią, cisza, lekki deszcz, może mgła. Taki właśnie był ten las we śnie. Jednak było w nim coś smutnego. Las był ogromny, drzewa nienaturalnie wielkie jak na naszą szerokość geograficzną. Była delikatna mgła, padał deszczyk, ale taki deszczyk deszczyk 🙂 jakby ktoś robił spryskiwaczem do kwiatów delikatną mgiełkę. Szedłem z mężczyzną wgłąb tego lasu. Najpierw szeroką drogą, jakby na połączeniu dwóch lasów. Później, doszliśmy do granicy lasu iglastego, zaraz za nim był las mieszany. Zapytał czy wolę iglasty czy liściasty. Powiedziałem, ze chcę zostać w iglastym. Dziwny, krótki sen. Zastanawiam się jednak, czy ten mężczyzna, to ten sam Duch opiekuńczy z moich snów o windach. Może to ten sam Duch z Ceremonii Ayi, z domku na plaży, ten sam który był w jaskini gdy znalazłem jajo Feniksa?

But, kobieta i Makłowicz :)

Śniła mi się kobieta, zmieniała pracę, potem się okazało, że wyjeżdża z Polski (do Włoch). Przyszła się pożegnać, ale z zastrzeżeniem, żebym jej nie szukał i nie pisał. Potem cały sen był o zmianach. Niefajny sen. Śnił mi się but, który kupiłem 4 dni temu (we śnie oczywiście) i ten but rozkleił się po 4 dniach używania. Pojechałem do sklepu gdzie go kupiłem, a tam też zaskoczenie, bo sklep totalnie zmienił branżę, nie mogłem nic poradzić. Zostałem z niczym.  Jedyny pozytywny motyw we śnie, to spotkanie Roberta Makłowicza przed biurem. Jechał na nagranie programu i bardzo się ucieszył na mój widok. Chwilę rozmawialiśmy i wróciłem do biura.

Byk, piwnice, ptaki i pani od ZPT :)

Śniłem o dziwnej klatce, z czarnych, grubych, metalowych prętów. W środku tej klatki był byk. Czarny, z ogromnymi rogami. Byk na sterydach. Był umięśniony tak bardzo, aż karykaturalnie. Atakował każdego kogo zobaczył. Tyle tylko, że byłem tam sam (nikogo nie widziałem). Ja jednak byłem zwinny jak małpa, skakałem po tej klatce, chwytałem się prętów unikając byka za każdym razem. Jedno było dość dziwne. Nie czułem strachu ani nie było w tych unikach adrenaliny. Ot po prostu unikałem ataków. Po przebudzeniu jednak nie jestem pewny, czy byk atakował mnie. Czy przypadkiem nie było tam kogoś jeszcze. Zmiana scenerii, schodzę do piwnicy, potem schodzę do piwnicy w piwnicy, i potem jest kolejny poziom piwnicy w piwnicy. Zawsze idę ciemnym, kamiennym/ceglanym korytarzem z okrągłym sklepieniem. Zawsze, jedynym źródłem bladego światła jest wejście do kolejnego poziomu dolnej piwnicy. Przechodzę schodami w dół. Potem idę drewnianą kładką pomiędzy drugim a trzecim poziomem piwnicy. Trafiam do zamkniętego obszaru, oświetlonego dziennym światłem. Znoszę do tej piwnicy ptaki. Duże ptaki, wielkości pelikanów, łabędzi. Mają ogromne dzioby. Wszystkie ptaki tulą się do mnie gdy wracam na ten poziom najniższy. W sadzawce, w tym zamkniętym obszarze są żaby i mnóstwo skrzeku. Na drugim poziomie piwnicy są myszy, na które polują ptaki. Ten trzeci poziom, najniższy jest jakby azylem dla tych ptaków. Nie wiem skąd je biorę, ale chyba chcę je ochronić przed czymś. Schodziłem przez te poziomy wiele razy, za każdym razem niosąc lub prowadząc kolejnego ptaka. Każdy był biały. Każdy miał ten ogromny dziub. Niektóre dzioby były ostre, wąskie, niektóre dość szerokie, jakby od dziobaka, pelikana.

Potem jakaś szkoła. Wydaje mi się, że moja podstawówka. Przyśniła mi się rozmowa z kimś z klasy, jesteśmy dorosłymi ludźmi i wspominamy panią od ZPT. Wspaniałą, ciepłą nauczycielkę, za którą wszyscy przepadali. To jest niesamowite, bo nie mam w zwyczaju wspominania nauczycieli z tamtych lat. O Pani Janinie nie pamiętałem wcale, bo ona odeszła ze szkoły, jeszcze za moich czasów. Choroba lub emerytura. Nie pamiętam. Ale żyła. Po prostu przestała pracować. Przez 30 lat nic, aż do dzisiaj, we śnie. I była tam też data Jej śmierci. Na pewno nie była prawdziwa, bo pojawił się rok 1981. Wtedy nie chodziłem jeszcze do szkoły 🙂 więc nie mogłem Jej znać.
Bardzo zastanawiają mnie te piwnice. Pamiętam inne sny, gdzie piwnica była moją podświadomością. Trzy poziomy – to nigdy mi się nie zdarzyło. I te ptaki, ten byk. Wciąż jestem w lekkim szoku. Sen był piękny, dziwny. 

Kręte ścieżki, pociągi i las

Bardzo dziwny sen. Jeździłem samochodem po wąskich leśnych ścieżkach. Były bardzo kręte a ja nie żałowałem pedału gazu. Dotarłem do przejazdu kolejowego ze szlabanem. Byłem już jednak pieszo. Kawałek jechałem pociągiem, mimo to później byłem wciąż na tym leśnym przejeździe. Szedłem wzdłuż torów, wiedząc, że idąc po torach dojdę do celu. Spotkałem dwie kobiety, mówiły ze śląskim akcentem, ostrzegały mnie przed czymś. Doszedłem do wioski przez którą przebiegały tory. Spotkałem „znajomego” który tam mieszkał, budował dom/budynek. Na te budowie był ogromny dźwig z nożycami, jakby do cięcia stali. Ten dźwig zaczął się ruszać, nożyce przemieszczały się w moją stronę, widziałem je z dołu jak spadają na mnie chcąc mnie przeciąć. Nic się jednak złego nie wydarzyło. Rozmawiałem jeszcze z tym znajomym, nie pamiętam dokładnie o czym, ale wiem, że opowiadał o tej budowie, o tych pociągach. Sam sen był nieprzyjemny. Od przebudzenia mam wewnętrzny niepokój. Dziwnie się czuję.

Holenderska Ceremonia Mexicana.

Wróciłem z Holandii, gdzie samotnie zrobiłem swoją pierwszą Ceremonię Psylo. Użyłem odmiany Mexicana. Podszedłem troszkę „naukowo”, chcąc móc opisać etapy, stany umysłu i ciała. Był więc zegarek, telefon z dyktafonem i muzyka z Deezer 🙂 Obudziłem się jak zwykle dość wcześnie, na śniadanie wypiłem 45 gramów ceremonialnego Kakao Keith’a. Godzina po Kakao upłynęła na wyciszeniu, dopasowaniu playlisty, aby móc później nie zajmować się tym tematem. Około godziny 10, odmierzyłem 1.25 grama Mexicany, włożyłem do ust i trzymałem około 3 minut. Smak bardzo pozytwny… jak borowiki :). Potem popiłem czystą wodą i czekałem. Mineło około 20 minut, gdy poczułem zmiany. Uderzenie ciepła na całym ciele, lekkie odrętwienie. Drżenie rąk, ziewanie. Te wszystkie stany są bardzo podobne do Ayahuascowych. W moim przypadku jestem zwolennikiem stacjonarnego „bycia”. Wcześniej, przy rezerwacji apartamentu, poprosiłem właściciela o miękki koc, poduszkę i coś do ogrzewania, gdyby kaloryfery jeszcze nie były włączone. Wszysto było jak chciałem. Jovan spisał się na medal. Położyłem się, zawinąłem w koc, jak larwa w kokon i zaczęło się. Od razu spora różnica, w porównaniu z Ayą. Kolory. Zupełnie inne. Ziemiste, jakby przykurzone. Aya jest pastelowa, neonowa i głęboka. Nie piszę tego, że było źle, że zawiedzieny jestem :). Widać taka jest Mexicana. Opisałem po prostu inność. Podróż piękna, bardzo empatyczna, radosna. Myślę, że poranna Ceremonia Kakao też dużo dała. Mniej więcej po godzinie postanowiłem wziąć drugą dawkę, mniejszą, bo tylko 0.7 grama. To było dobre posunięcie jak na pierwszy raz. Kontynuacja kolorów, podróży i dźwięków była mocna. Zaskakująca, radosna. Ciekawostką jest jednak to, że nie umiem opisać tego co widziałem, nie umiem opisać myśli, jakbym nic nie pamiętał. Wewnętrznie jedak pamiętam wszystko. Bardzo dziwne uczucie. To zupełnie odwrotnie niż przy Ayi. Może tak się stało, bo chciałem być dość „świadomy”, żeby kontrolować czas, otoczenie. Częste przerywanie procesu, nie zagłębianie się w taki sposób luźny, oczywisty. Pewnie wszystko miało wpływ. Czas łączny 4 godziny.

Mężczyźni przyszli z odwiedzinami

Ciekawie łączący się sen, z tymi o kobietach. Dziś śniłem o mężczyznach. Przyszli do mnie do domu, tego w którym teraz mieszkam. Zupełnie bez zapowiedzi, nieoczekiwanie, przyszło ich 4, może 5. Dwóch poznałem od razu, reszty twarzy nie widziałem, ale wiem na pewno, że byli to mężczyźni, którzy byli lub są ważni w moim życiu. Którym coś zawdzięczam, których podziwiałem/podziwiam. Których cenię. Wszystko byłoby normalnie, gdyby nie fakt, że byli nienaturalnie wielcy. Byli olbrzymami wzrostu około 3 metrów. Moje zaskoczenie i radość była ogromna. Totalne zdziwienie, bo okazało się (chociaż tylko we śnie), że oni się znają. Po prostu umówili się i postanowili mnie odwiedzić 🙂 Wesoła gromadka olbrzymów, kręciła się po mieszkaniu. Bardzo wesoły sen.