Kanibale, ksiądz i Szamanka

Trafiłem do grupy ludzi, którzy może nie tyle byli wampirami, oni zjadali innych ludzi. Dostałem możliwość dołączenia do nich. Byli także nieśmiertelni. Odmówiłem, koszmar smrodu ludzkiego, zepsutego mięsa i widok krwawej papki była nie do przyjęcia. Nie potrzebowałem innych argumentów. Potem, widziałem oczami dziewczyny/kobiety. Jechała samochodem z inną kobietą, wydawała się złem, ale ona była Szamanką. Okadzała tę dziewczynę ukradkiem, a ona (i także ja, bo znałem jej myśli) wciąż się jej bała. Uważała ją za demona. Ta dziewczyna szukała kościoła i księdza. Przyjechały do jakiegoś miasta. Na papierowej mapie znalazła kościół. Pytała ludzi, żeby jej wskazali drogę. Trafiła do slamsów, gdzie starszy mężczyzna wskazał jej budynek. Wyglądało to niesamowicie. Budynek 8 lub 10 piętrowy, jakiś stary ośrodek medyczny (wojskowy! tak powiedział) przechylił się i zatrzymał na drzewach i innym budynku. Ruina. Tam miała być kaplica. Dziewczyna poszła tam (wciąż widziałem jej oczami) ale nie udało się wejść na teren budynku. Wszystko było ogrodzone. Wróciła się, jakby do centrum, szukając księdza. Zobaczyła jakiegoś (miałem wrażenie, że go zna) ale przez chwilę, gdy mrugnęła ksiądz zamienił się w zwykłego przechodnia w szarym, długim płaszczu i kapeluszu. Ciekawe było to, że ona zdezorientowana zawróciła, jakby nie wierzyła w to co widzi. Ja natomiast wiedziałem, że to działania Szamanki z samochodu to sprawiły. Pojawiło się bardzo dużo dymu z ziół. Tutaj sen się urywa.

Apokalipsa planety, obcy i ratunek w genach

Jeździłem po mieście. Spotykałem znajomych, których od dawna nie widziałem w realnym świecie. Byłem w jakimś centrum handlowym. Stałem na stromym podjeździe i nie mogłem ruszyć (a skrzynię mam automatyczną). W końcu jakoś się udało. Pojechałem po córkę, bo poczułem dziwny niepokój. Ukazało się bowiem ogłoszenie, o badaniach genetycznych całej ludzkości. Władze prosiły (lecz nie był przymus), aby zgłaszać się na dość nieprzyjemne badanie (pobranie materiału). To miało w czymś pomóc. Ja, zdecydowanie sceptyczny do tego typu akcji, pojechałem w dość daleką podróż w góry. Własnie z córką. Mijaliśmy kilometrowe kolejki aut i pieszych, którzy zdecydowali się odpowiedzieć na wezwanie rządów. Byłem dość przerażony, jak długo będziemy musieli czekać na swoją kolej. Coś się jednak stało. Gdy wysiedliśmy z samochodu, obcy (kosmici!), którzy pomagali rządom, wykryli naszą obecność (moją i córki) i stworzyli pas odsuwając auta na bok, umożliwiający nam przejazd. Moja córka była podobno bardzo ważna. Doszliśmy do ogromnego budynku, całkowicie ze szkła. Byliśmy na szczytach gór. Dziwne były to góry. Góry z węgla. Okazało się (po pobraniu materiału od córki), że ma wyjątkowe geny i jakąś informację zaszytą w tych genach. Później, jakby przeskok w czasie w przyszłość, do chwili, gdy na szczytach gór (ściętych, aby uzyskać płaski teren), było zbudowane miasto, lub bardziej osada. Parterowe baraki w których mieszkali ocaleni. Oczekiwaliśmy na apokalipsę. Inna rasa obcych wywołała ogromną powódź na ziemi. Większość ludzi zginęła. Niedobitki ukryły się własnie w takich osadach. W oddali, widzieliśmy ogromne fale pędzące w naszą stronę. Obca rasa, która nam pomagała, starała się zniwelować te fale, ale było coraz trudniej. Nagle, moja córka gdzieś zniknęła. Bardzo się bałem. Szukałem jej po osadzie. Znalazłem, a właściwie doprowadzono mnie do niej. Okazało się, że kosmici, Ci „nasi” znaleźli sposób na zdekodowanie tej informacji z genów mojej córki. To była „broń ostateczna”. Nie była to jednak broń do ataku. To jakby rodzaj tarczy, która pozwoliła przepędzić/zniechęcić tych złych obcych. Niebo było od wielu lat sine, mroczne. Woda, fale oceanów którymi atakowali obcy, były mroczna. Spienione pędziły po raz ostatni, gdy uaktywnili tę tarczę. To nie było coś widzialnego. To jakiś rodzaj energii, którym zatrzymali wody zalewające najwyższe szczyty gór. Fale ustały, deszcz jeszcze padał. Wiedziałem jednak, że nic nam nie grozi.

Namalowane twarze

Chodziłem ulicami, ludzie, jak to na ulicach. Ich ciała były normalne, cielesne. Twarze były namalowane na płótnach, deskach, ciężko powiedzieć. Wszystkie były czarnobiałe, bez wyrazu. Nie dało się odczytać żadnych emocji. Były puste, choć żywe. Przemieszczały się z ciałami, ale same twarze pozostawały nieruchome. Żadnych ruchów ust, brwi, policzków. Kolejna sprawa, to to, że bez względu na odległość z której patrzyłem na te twarze, wciąż wyglądały tak samo. Jakby miały nieskończoną rozdzielczość. Próbowałem się przypatrywać tym twarzom z bardzo bliska, ale wciąż widziałem je tak samo, choć ciała to się oddalały to zbliżały

Trzy sny. Zło, porwania i morderstwa

To były trzy sny, dzień po dniu. Nie czułem, że warto je opisywać, bo nie miałem żadnych odczuć. Jednak trzeci, zamknął je w jeden.
Pierwszy.
Byłem w jakimś ośrodku. Pusty, bez ludzi. Przechodząc między pomieszczeniami (budynek był parterowy) przechodziłem przez łącznik, ciemny, mroczny z drzwiami, których wiedziałem, że nie mogę otworzyć. Spotkałem w kuchni koleżankę, ale nie rozmawialiśmy. Wróciłem znów przez łącznik do części mieszkalnej, potem znów do kuchni, wciąż patrząc na drzwi. W kuchni koleżanki już nie było. Poszedłem znów do łącznika i otworzyłem drzwi. Poczułem coś złego. Usłyszałem oddech. Wyszedłem na zewnątrz. Był pogodny dzień. Jakieś przedmieścia. Zorientowałem się, że wiem gdzie jestem, choć okolica była obca. Wiedziałem w którą stronę mam iść, żeby dotrzeć do centrum swojego miasta. Szedłem przez pola, okolice lasu, spotkałem jakieś dzieci. Gdy dochodziłem do zabudowań (domki jednorodzinne) zorientowałem się, że mam na sobie tylko koszulkę. Dół ciała był nagi. Bardzo nie lubię takich snów. Spotkałem grupę ludzi, chyba pijanych, wszedłem baru, chyba chciałem zadzwonić. Przechodziłem przez inne domy szukając drogi do domu. Trafiłem na ulicę z dużą ilością pubów i sklepów. Jechałem autobusem wciąż licząc, że dotrę do znajomych okolic. Tak się stało. Dotarłem do znajomej okolicy, znajome budynki. Remont ulic trwał.
Drugi – tu jest dziwna sprawa, bo nie pamiętam treści a jedynie odczucia. Wiązały się jakoś z tym pierwszym
Trzeci.
Spotkałem znajomego, którego bałem się zawsze. Niby spokojny gość (w realnym świecie) ale dość nieobliczalny (również w realnym świecie). Dziwna energia. Porwał mnie i grupę osób, wywiózł autobusem do jakiegoś mieszkania. Mieszkanie było w kamiennicy. Wiedziałem, że byłem w Japonii, choć zabudowa zdecydowanie europejska. Trzymał nas w tym mieszkaniu, okrutnie torturował i mordował. Ja jednak znalazłem sposób, żeby uciec i zawołać pomoc. On doskonale wiedział, że ucieknę. Wydawało się, że wręcz pomaga mi w tym, choć jednocześnie przeszkadza. Wybiegłem na ulicę w poszukiwaniu telefonu. Nie było ani jednego miejsca skąd mógłbym zadzwonić. Ani jednego sklepu czy restauracji. Byłem bardzo zdziwiony, że w Japonii nie ma technologii i to miejsce jest takie dziwne. Rosło bardzo dużo drzew. Biegałem, szukałem, bez skutku. Dotarłem w końcu na jakieś targi. Ale nie hala wystawiennicza. Po prostu namioty. Stoiska z Japończykami. Nikogo nie mogłem zrozumieć. Starałem się jakoś przekazać o tym strasznym porwaniu. W końcu znalazłem telefon. Zadzwoniłem gdzieś i znalazłem się pod tą kamienicą gdzie byli przetrzymywani ludzie. Policja już była na miejscu. Porwani i zamordowani (!) ludzie wychodzili z klatki schodowej na ulicę. Byli przerażeni, choć niektórzy wydawali się spokojni.

Mroczny las z zastygniętymi twarzami

Szedłem z grupą ludzi nad torami kolejowymi w stronę lasów. Lasy były bardzo gęste. Zarośla, chociaż jednak strzeliste drzwa. Gleba była właściwie piaskiem. Jasnobrązowym. Po chwili płynęliśmy łódką po jeziorze w środku tego lasu. Woda, brzegi – wszystko było brązowe i piaskowe. Gdy dopływaliśmy do skraju lasu zauważyłem, że korzenie, drzewa i brzeg ma kształt ludzkich twarzy. Była ich cała masa. Jakby zastygnięte w tłumie uciekających ludzi. My jednak chcieliśmy wejść do tego lasu. Znaleźliśmy tunel z mniejszą ilością zarośli. Po środku rosła roślina z kolcami. Ktoś ją wyrwał lub złamał. W głębi lasu odnalazłem budynki. Parterowe, bez okien, ale z otworami na okna. Jakby same ściany. W środku zaczęto nam zakładać dziwne hełmy. Jakby do wirtualnej rzeczywistości. Bardzo się broniłem. Świat który tam był pokazywany pochłaniał, ale wiedziałem, że nie jest realny. Udało mi się zrzucić go i zobaczyłem innych, którzy tam byli. W tych kaskach. Chodziłem po pokojach. Niektórzy leżeli na podłodze porośnięci krzakami. Żyli, ale byli już częścią roślin. Wiedziałem, że muszę się wydostać z tego lasu. Udało się. Nie pamiętam jak, ale znalazłem się w mieście. Knajpki, ceglane budynki. Ludzie.

Ucieczka z kopalni, atak i bezpieczeństwo

Zjechałem do czegoś, co wyglądało jak kopalnia odkrywkowa. Była tam grupa ludzi. Czułem zło. Chciałem uciec. Wsiadłem do samochodu i zacząłem wjeżdżać przez urwisko. Tamci gonili mnie, ale jechali normalną, okrężną drogą. Dotarłem na szczyt i zatrzymałem auto. Zacząłem odrywać skały (ogromne kawałki) i zrzucać na drogę. Skały były kilkukrotnie większe niż samochód. Były w kształtach klocków jak w grze Tetris. Zabarykadowałem wyjazd i pojechałem dalej. Dotarłem na polanę. Był zmierzch. Grupa młodych ludzi. Coś zaczęli majstrować przy moim samochodzie. Niby jakieś udogodnienia. Nie podobało mi się to. Denerwowało mnie także, że podchodzili bardzo blisko mnie. Stawali za plecami na 5 centymetrów. Otaczali mnie. Grzecznie choć stanowczo powiedziałem, że sobie nie życzę majstrowania przy aucie i takich bliskich kontaktów. Zdenerwowało to grupę. Byłem gotowy na atak, ale nic się nie stało. Czułem ich zdenerwowanie i agresję. Jednak coś ich powstrzymywało. Poszedłem potem do dziwnego domu. Całego z drewna. Były tam znajome osoby. Przygotowywali się na jakiś atak. Ja, bardzo spokojny mówiłem, że ze mną nic im nie grozi. Choć nie wypowiadałem tych słów.

Wielki pożar mostu

Sen dość krótki, ale bardzo męczący. Jechałem samochodem autostradą. Dojechałem do mostu nad nią, który się palił. Przechodziły tam jakieś rury z gazem lub paliwem. Pełno strażaków, korek. Wysiadłem z samochodu i podszedłem bliżej. Widziałem płonące rury. Czułem bardzo wysoką temperaturę. Usiłowali opanować źródła ognia, gasząc wyloty z tych rur. Coś szło źle, bo podniosły się krzyki, żeby uciekać. Lali wodę na wyloty rur ale bez rezultatu. Uciekałem, ogień gonił w każdą stronę. Uciekałem wzdłuż rur, zamiast się oddalić. W pewnym momencie jednak zacząłem się wycofywać i wyszedłem z tego cało.

Spotkanie po 30 latach, Bóg i Szaman

Dość niezwykły sen. Całość działa się właściwie w jednym miejscu, bliżej nieokreślonym. Jakieś mieszkanie, jakieś miasto. Spotkałem się z dawnym znajomym, z lat ’80. Co prawda nie był sobą fizycznie we śnie, miał ciało kogoś innego, ale to nie jest ważne. Chodzi o rozmowę. Wspominaliśmy stare czasy, ja mówiłem o tym co jest teraz. O swoich sukcesach. Nagle padło pytanie z jego strony: a czy myślałeś kiedyś o Bogu? Zaskoczony trochę, odparłem najdyplomatyczniej jak umiałem, że to dość wrażliwy temat, ja mam swoje poglądy, ale nie chodzę, nie namawiam i nie rozpowiadam. Nie chciałbym Cię urazić, bo domyślam się jakie Ty masz poglądy. Wróćmy jednak do naszych starych fajnych czasów. Niestety nie dał się przekonać i wciąż drążył temat. Odpowiedziałem więc, że Boga nie ma, a ja sam jestem Szamanem. Nasze wizje świata mocno się różnią ale nie chcę, aby to przeszkodziło temu, co mamy wspólne. Wyczułem jednak spory mur niechęci, który pojawił się po mojej deklaracji. Próbowałem znów zmienić temat. On jednak trwał w swoim. Nastąpiła wymiana zdań. Powiedziałem, że to nie jest fair, że nie ma otwartego umysłu. Nie musi się zgadzać ze mną, ale jak każdy, również on, mam prawo do własnego postrzegania wszystkiego. Chodziłem dość długo za nim, starając się rozmawiać. Niestety, jak grochem o ścianę. Wyszedłem więc z mieszkania, rozglądając się po okolicy. To były ruiny jakiegoś starego/starożytnego miasta. Większość murów była śnieżnobiała. Widziałem jeszcze młodych ludzi, który chyba wynajmowali pokój w jednym w budynków. Żeby się tam dostać skakali na rowerach poprzez fosę (wysokość na oko – z 10 metrów przepaści). Most był zawalony. Wybijali się z pozostałości po jednej stronie i wskakiwali na pozostałość po drugiej stronie.

Węże i stary budynek

Dość krótki sen. Akwarium/terrarium. W nim ogromne węże. Mimo, że węże nie było wodne (kobra i chyba pyton) akwarium było pełne wody. Węże budziły strach (ale nie mój, był ktoś jeszcze). Kobra była rozdrażniona, bo prezentowała się w charakterystycznej pozycji z uniesioną głową i spłaszczonym na boki „karkiem”. Potem pojawił się budynek, mam wrażenie, że znam go z innego snu. Miał dużo schodów, wszystkie były ślimakowe. Właściwie to chyba cały budynek był okrągły.

Inne wymiary, inne byty i brak włosów

Dziwny sen. Obudziłem się w nocy (naprawdę, a nie we śnie) ze słowami – widzę inne wymiary, widzę energię, widzę inne światy. Znów zasnąłem. Pojawiłem się w domu. Stare mieszkanie, ogromne. Panował półmrok. Przez duży pokój przechodziło jakieś stworzenie, ogromne, dwunożne. Ale było w innym wymiarze. Przeszedłem przez nie, jak przez powietrze. Poszedłem do łazienki ułożyć włosy. Zauważyłem, że mam bardzo rzadkie. Jedna strona (prawa) była praktycznie łysa. Jakby mi ktoś wyrwał włosy. Zasłaniały ją włosy z pozostałej części głowy. Góra głowy miała dosłownie kilka włosów i ten pas łysiny przechodził aż do tyłu, do połowy potylicy. W pierwszym momencie przestraszyłem się, ale po chwili powiedziałem do siebie, patrząc na odbicie w lustrze, że po prostu ogolę całą głowę. Potem przyszedł ktoś jeszcze, dobijał się najpierw do drzwi. Chyba nie był mile widziany, bo miałem niemiłe odczucia. Niestety nie pamiętam co było później.