Sweat Lodge w Zajęczym Jarze

Właśnie wróciłem z pełniowego Szałasu w Zajęczym Zarze, niedaleko Cieszyna. Miejsce dobre, z dobrą energią. Początek był jednak dość energetycznie wyczerpujący. Z mojego powodu. Pojechałem tam z intencją zwolnienia wewnętrznego, pozbycia się wymówek, że czegoś tam nie zrobię, bo mam inne ważniejsze sprawy. Lekki chaos, bo kogo jak kogo, ale siebie nie da się oszukać. To było czyste lenistwo, wygodnictwo i delikatne zejście z obranej ścieżki. Na miejscu chaos organizacyjny, brak zdecydowania w działaniu i lekkość w trwaniu, że jakoś to będzie spowodowała u mnie wewnętrzny bunt (największy, gdy okazało się, że nie ma kamieni (!). Podjąłem jednak to wyzwanie, bo przecież spotkało mnie dokładnie to samo, z czym przyjechałem się zmierzyć. Jak się okazało, wszystko dało się spiąć ze sobą. Były i kamienie (po które pojechaliśmy 40 km) i ogień zapalił się pięknie, i szałas wyszedł jak od linijki (świetny patent na zimowe szałasy, to ławeczki z drewna w środku). Moja intencja (nauczony doświadczeniami z Ayahuaską) była prosta. Więcej czasu na myślenie, uważność na to co robię, więcej czasu na bycie ze sobą. Podczas pierwszej bramy powietrznej, gdy się „rodzimy” skojarzyło mi się to z tęsknotą, za powrotem ze szkoły, rzuceniem tornistra w kąt i biegusiem na trzepak :))) Pod koniec pierwszej bramy, pojawiła się panika i wewnętrzny chaos. Wirówka myśli i poczucie, że powinienem na tym zakończyć swój Szałas. Późniejsze energetyczne etapy mogą zbyt mocno podziałać, a ja przecież potrzebuję spokoju. Tak zrobiłem. Podczas wnoszenia kamieni na drugą bramę wyszedłem z Szałasu, złożyłem dary dla Ognia i zakończyłem ceremonię. To pierwszy raz, gdy wyszedłem tak szybko. Zasnąłem, choć nie do końca głębokim snem. Wizja która mnie mocno zdziwiła. Chodziłem ulicami, ludzie, jak to na ulicach. Ich ciała były normalne, cielesne. Twarze były namalowane na płótnach, deskach, ciężko powiedzieć. Wszystkie były czarnobiałe, bez wyrazu. Nie dało się odczytać żadnych emocji. Były puste, choć żywe. Przemieszczały się z ciałami, ale same twarze pozostawały nieruchome. Żadnych ruchów ust, brwi, policzków. Kolejna sprawa, to to, że bez względu na odległość z której patrzyłem na te twarze, wciąż wyglądały tak samo. Jakby miały nieskończoną rozdzielczość. Próbowałem się przypatrywać tym twarzom z bardzo bliska, ale wciąż widziałem je tak samo, choć ciała to się oddalały to zbliżały. Dzisiaj, po porannym kręgu i pożegnaniu rozjechaliśmy się w swoje strony.

20171203_11200520171203_112008 20171203_111952 20171203_112011

Uzupełnię jeszcze o jedną rzecz. Podczas pożegnalnego kręgu wyciągaliśmy z rozłożonej talii karty. Niesamowite było to, że 100% z nas wyciągnęło karty ze swoimi intencjami. Nie, to nie jest naciąganie faktów ani naciąganie interpretacji. Byłem i widziałem. Bo jak nazwać inaczej intencję zakończenia konkretnego etapu w życiu (intencja z wczoraj) a wyciągnięta karta dziś rano to „Nowy rozdział/nowy etap”. U mnie „Szczerość”. Co idealnie pasuje do tego, gdy próbowałem być nieszczery sam ze sobą.

 

20171203_105715

Szałas Potu

W ostatni weekend (5-7 maja 2017) byłem na ceremonii Sweat Lodge. Początek jak zwykle, przyjazd, przygotowanie Szałasu, drewno itd. Skupię się na samej ceremonii. Stworzyliśmy pierwszy krąg, przed wejściem do Szałasu, w pięknej jurcie. Mówiliśmy o intencjach, z czym wchodzimy do Szałasu. Rozpalenie ogniska było wyzwaniem. Pogoda nie rozpieszczała. Co chwilę pojawiał się deszcz. Udało się jednak i wkrótce płonęło ognisko z kamieniami w środku. Gdy nadszedł ten właściwy moment weszliśmy. Prowadząca, otwierając każdą z kolejnych bram, tym co mówiła nadawała rytm naszym słowom i myślom. Płynęliśmy przez kolejne etapy życia i żywiołów z tym związanych. Brama ognia, jak zawsze była dość ciężka. Żar od kamieni, wilgoć od wody którą polewała kamienie dawały o sobie znać. Dla mnie jednak najważniejszą częścią była brama wody. To trzecia runda, gdy już po trzecim dołożeniu kamieni zrobiło się naprawdę gorąco. Pojawiła się wtedy wizja z elementami szkła. Widziałem siebie, najpierw całego w czerni. Jakby z węgla. Woda zaczęła wlewać się od głowy, wypychając tę czerń ze mnie w stronę stóp. Woda wypełniła mnie w całości, tworząc tylko otoczkę ze szkła. Byłem przezroczysty. Wypełniony wodą. Podczas każdej z bram, na prośbę mojego przyjaciela, tworzyłem wizualizację jego osoby, w otoczeniu gwiazdy, drzewa, zwierzęcia mocy, słońca i księżyca. I oczywiście jego samego z bębnem. Także podczas bramy wody, jego bęben zmienił się w szkło. Reszta elementów wizualizacji była ze światła. Mocnego jak słońce, ale nie rażącego. Przywołałem także, podczas pierwszej bramy moje zwierzęta mocy. Feniksa i Żółwia. Sam Szałas, jako całość był jednak bardzo spokojny. Spokojny oddech, synchronizacja ducha z ciałem. Po wyjściu z Szałasu jak zwykle, były dary dla ognia i koniec ceremonii. Ciekawe rzeczy działy się podczas snu. Spałem jak niemowlę. Sny, nie są opisywalne, pojedyncze obrazy, przedmioty, miejsca. Jednak to na co zwróciłem uwagę to to, że były absolutnie ostre. W sensie wyraźnego obrazu. Jak na nowoczesnym telewizorze 4k 🙂 I paleta barw. Idealna, głęboka, soczysta. Niesamowita i piękna.

Kambo po raz drugi, po raz trzeci i czwarty – sprzedane!

Ostatni weekend spędziłem w znanym już miejscu, w Tylicach, gdzie odbywają się m.in. Kręgi Kambo. Miejsce i ludzi już opisywałem. Przyszedł czas, aby opisać zakończenie pierwszego cyklu Kambo dla mnie.
Przyjechałem, jak zwykle, w piątek. Trochę gonitwy w życiu miejskim opóźniło wyjazd i na miejsce dotarłem dość późno. Delikatne uspokojenie myśli i ciała z bębnem przyniosło efekty. Potem już tylko oczekiwanie na swoją kolej. Wszedłem bez absolutnie żadnych wątpliwości. Wiedziałem, co mnie czeka, jakie reakcje organizmu się pojawią. Jak zwykle – Szamani otoczyli miejsce taką energią, że poczucie bezpieczeństwa eksplodowało i wypełniło pomieszczenie. Zaczęło się. Przyjąłem 7 dawek (raczej – zostały mi podane).
Teraz oprę się tylko na relacji Szamanów. Odcięło mnie totalnie. Nie wiem na ile, bo tam nikt czasu nie liczy. Były podejmowane próby (skuteczne, skoro o tym piszę) sprowadzenia mnie na ten świat. Dłuższą chwilę to jednak trwało. Ja zapamiętałem głos jednego z Szamanów, który – jak przez mgłę – wołał mnie po imieniu: „…wracaj… czekamy tu na Ciebie…”
Po Ceremonii dość szybko (mimo późnej pory) doszedłem do siebie. Chwila rozmów i spać. Rano kolejne Kambo.
Sobota.
Byłem pierwszy. Proces bardziej świadomy niż w piątek. Niemniej jednak ciężki i wyczerpujący. Pod koniec zrobiło mi się bardzo zimno. Targały mną torsje, skurcze całego ciała. Po wszystkim bardzo długo nie mogłem się pozbierać. Leżałem w sali z kominkiem i przez około godzinę trząsłem się z zimna. Podobnie jak w piątek – podali mi 7 dawek.
Wieczorem – bardzo wymagający Szałas Potu. Wypalający mnie, zgodnie z moją intencją. Wspaniałe przeżycie.
Niedziela.
Ostatnie Kambo w tym cyklu księżyca. Znów pierwszy. Stała się rzecz niesamowita. Dostałem tym razem 9 dawek. Cały proces był świadomy. Pamiętam każdą sekundę tego, co się działo. Fizycznie bardzo mocno to odczułem. Proces (choć to bez znaczenia dla całości) zakończył się punktualnie o 10 rano; gdy się podnosiłem – zaczęły bić dzwony w pobliskim kościele. Największym zaskoczeniem jednak był fakt, że nie musiałem w żaden sposób dochodzić do siebie. Po prostu czułem się tak, jakbym wstał od śniadania. Pełen energii i radości. Mając w pamięci dwa poprzednie dni, to było absolutnie nieprawdopodobne uczucie: pełna jasność umysłu i moc fizyczna zdolna przenosić góry.
Możliwości lecznicze Kambo są dla mnie zagadką i wspaniałością zarazem.
Celowo nie opisuję ze szczegółami samego przebiegu Ceremonii, bo opisy są dość mało apetyczne. Wprawdzie na youtube są filmy z przebiegu Kambo, ale ja nigdy bym się nie zgodził na to, by mnie filmowano w tak niekomfortowej sytuacji.
Podsumowując – jeśli byłeś/byłaś kiedyś na imprezie z alkoholem, Twój rekord to dwa kieliszki po 25 ml, a tu to jest tak, jakbyś wlał w siebie o 4 litry wódki za dużo 🙂 i nie masz kaca, a po parunastu minutach jest się silniejszym od siebie samego.

Angielskie tłumaczenie – Ayahuasca diary – my fight

Tłumaczenie mojej historii z Duchami Roślin. Dziękuję Maćku!

I have decided to write my story down. I am not doing it in a form of a confession. I don’t need it. My story and the road I’ve travelled may be useful to someone who is in a similar place in this dimension.

This is not a tutorial, a guide or an advisory article. Ayahuasca will find its own way to everyone. I will write it in parts, and in two editions, so to speak. Two years ago, and now, when what was meant to happen, happened. The second ceremony was a breakthrough for me.

 

More than two years ago, I don’t remember the circumstances – I was reading something online and I cam across a word, which as it turned out later was the key. The key to getting rid of „faith”. The perversity of this thesis and its radicalism can surprise. Let me elaborate on this sentence. The key to getting rid of „faith” – exchanging faith for knowledge. This sounds better, right?

 

I’ve decided. I wrote to the Shamans who had organized the ceremony. I made an appointment and so I went.

 

An ordinary house with some „ordinary” shamans. There were seven people who came to participate in the ceremony. Each person with a different intention. I’ve decided to describe everything so that anyone who will read it had a picture of what happens on a day-after-day basis. Most descriptions refer to the time of the ceremony. It will be most difficult to describe emotions. The article will not dispel fears and doubts. Each person experiences it its own way. However, it will give (I hope) a picture of what may happen.

 

Day 0

Arrival, greeting, and getting acquainted with the place, the people. Dinner and conversations about each of us. The reasons, intentions, previous experience. Vegan and vegetarian food. A strict diet as recommended by the Shamans.

(Here, I’d like to put in my two pennyworth, my experience, which was true for me. I started an easily digestible diet (I followed a radical – liquid diet, cream soups, vegetables and all the rest was always blended and drank) 7 days before the departure.)

In the evening there was a ceremony to burn our weaknesses, our own traits, written down on sheets of paper. The bonfire was made of twigs brought from our homes. Everyone burnt a part of themselves.

 

Day 1

Breakfast. Going to the countryside. A ceremony to express our willingness to end the oaths of our past, our promises, vows, and so on. Releasing witnesses of those events of the responsibility of watching over us to endure in those vows. Returning home and free time. Time to be with yourself, work on your intention.

 

Evening. Preparations for the ceremony. Entering the ritual room. All participants were dressed in white clothes. Although my peaceful expression – I was terrified inside. I am far from home, strangers are giving me some herbs to drink. I don’t know what it is, I don’t know how it works. Thousands of thoughts per second. Perhaps the morning will never come. Maybe they will kill me. Yes. I had such concerns. I watched every movement, I tried to divide every word into millions of parts to detect the plot. Someone could ask – why did you go there, then? There is one answer. I had the intention. I would like to add here – for my misfortune it was a bad intention. Bad in the sense of its form, but also morally. It was deep inside me. The intention said aloud before the ceremony was just a cover. However, I will not say „to my misfortune”. On the contrary. What happened was „for a reason”. It had its cause, so there had to be an effect.

 

The top intention of day one – meet your Guide. The figure from the dreams about elevators. At first glance – a wonderful, wonderful intention. Experience showed that it was the dumbest thing I said. I don’t want to write about the internal, true intention in detail. Let me just say one thing (what Wojtek says over and over again) – DO NOT have bad intentions, even when it seems right. An example of bad intentions – let someone break (a relationship) because another one will be happier. A totally bad form. A totally bad intention.

 

It started after some time. Let me pause here for a second, although it sounds interesting again. The moment does not exist, the time does not exist – because time is fake. So I repeated the whole ceremony. Why? Everything will become clear „as we go”.

 

Aya took me to the playground. Yes, a colourful playground, full of sounds that hit in the form of coloured strips of thick paint. I was covered with music and colours. It was blissful, wonderful… when then again I felt terrified. The Shamans. They were approaching. Rattles, drums… it was definitely a cover. Their poison starts to work. They know it. Their every move tore me out from that world. I was still between dimensions. My conscious and annoying „I” tore me out to this dimension. Aya had no influence on this scientific and rational part of me. I studied their behaviour. I was waiting for the blow. It sounds like taken out of a horror movie. But I felt that way. There was a lot of evil inside of me. A lot of negative energy. I had to get out of the room and throw up. Aya began cleaning.

 

To be continued.

I reached the toilet. I was throwing up. I don’t know how long. Every sound seemed metallic, as if released into a metal pipe. I felt that someone was holding my head and did not let me go away from the toilet. The voice kept asking –

Are you sure of your decision? Do you know what disability is? Do you know what epilepsy is? Promise me aloud that you’ll think about what you want to do.

 

I was defending but when I did not have the strength to vomit, I thought to myself – I PROMISE…

I heard:

You’ve got to say it out loud!

 

So I did like the voice wanted me to. I promise that I will think about what I want and what I strive for.

 

Suddenly, I stopped vomiting and I could stand up. I returned to the ceremony room. I started to yawn. Intensively and widely. I did not know why. It became clear after two years. During the last trip with the Spirits of Ayahuasca. It is a path for the spirits to enter the body. Through the mouth. I am yawning so that the Spirits could enter my body.

Yawning – I found myself on the beach.

 

It seemed to me that I know the beach from my dreams. I even know from which dream. The beach was flat and bounded from one side with a steep rock, not a cliff but a rock piling up. There was a house at the beach. It was a wooden, square house with a steep roof, and the tip made from a connection of 4 triangles for each side of the roof. I went to the house and I walked on wooden stairs (maybe 4, maybe 5) and there I saw Him. My guide. He was sitting on a huge wooden chair in the middle of the house. I was delighted. He… not so much. He asked again about my intention. I replied that I had said it before. I wanted to meet him. And he said.

– It was the stupidest intention that you could have said. You are a stickler for details. To the limits of absurdity. You said you wanted to meet me. Well, now you have. You think it should sound that YOU wanted to meet me. And so, you have lost the opportunity to ask questions. To talk. After all, it’s what you asked for. To meet me. But why?

 

– So that it could be nice. I replied.

 

– Well, it’s not. In a moment I will show you your true intention. It’s bad. I’ll show you what it’s like to be sick. You have no idea what you want.

 

Everything was gone – and I had an epileptic fit. This, unfortunately, was associated with my hidden, morally bad intention. (No, I did not want to have an epileptic fit. A personal life situation. I’m sorry, but I don’t want to describe it in detail. It was related to my life, and my emotional state.) I could not control my own body. I was in pain, it hurt. The Shamans tried to hold me still. It was a very unpleasant experience. I was aware of everything – totally conscious. As if I did not drink the herbs. And still I could not control myself. Again, I don’t know how long it lasted but it felt like eternity. There was no colour, there was no bliss. There was pain, fear and confusion.

 

Suddenly I felt that I had to go vomit again. I could control my body again, in the sense that I could get up and leave the room. But I felt terribly lonely. I was vomiting but this time I was alone spiritually. In my head there was silence and emptiness. When I returned to the ceremony room there was a break. It was around midnight. I covered myself with a blanket and stared at a clock. It was still 11:30 p.m. This hour stuck in my mind because it lasted the entire night. During the second ceremony it was stated:

– Time is fake.

 

Whenever I looked at my watch it was 11:30 (although during the day when I checked, the clock showed the correct time).

 

The second part of the ceremony was quite different. It was an observation of others. It was an amazing experience. I had seen those people before, and then they were someone else. As it turned out the next morning, my visions were consistent with their stories. It also is part of the meeting. In the morning, at breakfast, each person tells its experience. I’m an early bird, so I woke up very early. I went to the kitchen and waited until others get up. One of the Shamans got up early as well. I told him all about what I saw. About those people who were not themselves that night.

When the time came to tell the stories I opened my mouth wider and wider in awe, and the Shaman just nodded. People told my visions but seen through their eyes!!!! Joint thinking, self-connection? The woman who was close to me in the ceremony room – during the Ceremony I saw her and I knew that it is a man, not from the Earth, that he received some signals from his planet with his hands. I could see it because she stretched her arms high, and her hands were arranged as an antenna. When she started talking about her trip… she’s on the Earth for the first time, and on her planet she is a man. Here, she must learn to treat others. Treat them with her hands. I wanted to cry out – after all, that was my vision.

 

There was also a girl I could not stay with longer than a few moments. Headache, nausea, irritability. These were not just my feelings. There was something evil in her. She was dark, „sticky”, and very strange. Constant quarrels with the Shamans (!), attempts to discredit their activities, constant saying that she would do it better.

I’m very peaceful. I do not disturb, I usually turn around and leave if someone’s views offend me. But in her case, I felt aggression inside of me. I wanted to break her neck after 15 minutes of arrival on day 0. It is interesting that I do not remember her story. I do not remember the first one. Because a strange thing happened on the second day.

 

Another story was the story of Anne from New York. Since her childhood, she had had problems with her neck. Constant pain, injuries. She was in the USA (she lives there permanently) where she visited a Shaman who could not help her. In my vision I saw a child, and her pregnant. A wedding. In her vision there was a pregnant woman in a grey dress hung on a tree. Maybe her neck ailments are an echo of her previous incarnations.

 

The figure of Anne appeared now as well. When two years ago we exchanged emails, I wrote messages to her after my return. I called. She wrote back once, then a moment of conversation where she said that she had a lot of work, and that she did not have the time to write In general, our contact stopped sooner than it started, and it did not last.

 

In March this year, four days before leaving for the ceremony there was a mail from Anne (!). She asked me how I was, and she said that she remembered her old email inbox (??). I wrote her that I was well (or was supposed to be), and that I was going for the second ceremony. That I had to change everything, and so on… To my surprise, she wrote back in a moment – but spiritually, it was not the same girl. She wrote me not to do it, that it was evil that only praying to God can help me, that it was very dangerous, etc., and it came as a slight shock to me. I do not believe in coincidences. Something/someone did not want me to go. Only the form and the subject make me laugh. Completely wrong. Me and God? Me and praying in the Catholic/Christian/other kind of way? But I must admit that I was speechless. The „interrupting” spirits did their homework poorly.

 

Neither she wrote me again, nor did I respond to her last e-mail with her warnings against Aya.

Day 2, both ceremonies

The first ceremony as usual started at 19.30 hrs. Again it was different than previously. Very exhausting for me, unfortunately. The spirits of Aya have decided to show me what happens to a man who is sunk in a bad energy. To a man who cherishes the pain (unconsciously though, as it was in my case), bitterness of self pity. We “drug” ourselves with others’ sympathy. Every word we say seeks an understanding to how unhappy we are. This hit lasts just a moment, like a morphine shot, then emptiness. Inside four empty walls there’s no-one to be sorry about me. The whole night, trough both ceremonies, it seemed like a rollercoaster at the beginning and then it stopped, it wasn’t great.

The spirits kept entering my body as I yawned; only to take me to places I didn’t feel comfortable at all at – to the past mainly but also towards the visions of my anxieties, all this wishful thinking and doubts… People from the past (although the time it-self was a huge wind-up because the past as such doesn’t exist), the moments, the talks. As if I was reliving them all over again. And this quite annoying – as it seemed – silhouette of a woman…an internal voice kept saying: “she’s your angel”. I rejected these thoughts feeding on what I believed was right.

When I opened my eyes – I saw this girl who was “evil” from the beginning. There was something wrong with her. Physically – the Shamans kept covering her with quilts, blankets, what have you, she still was cold. I was lying next to her and felt cold, too. In the morning it turned she was covered with 10 sleeping bags and blankets. What I saw was horrifying. She was in the wood. I followed her. The wood was dark, only some flash of light sparked, not sure where from. All of a sudden she emerged into the ground. Under a huge tree. Underneath the roots there was a cave – completely dark. Despite that I saw the girl. She was very scared. Every so often (I avoid saying “sometimes”) my visions got mixed up with reality. Yes, this was the worse. What I saw in my visions happened inside me when I yawned and let the spirits in while inhaling. Exhaling kept letting the spirits out; I saw the girl covered with the blankets and the wood, the cave and the fear. One of the Shamans was next to her. He whispered and the girl burst in tears. The cave disappeared. So did the wood. I flew away…to nowhere!

The day 2 was over. I save you the descriptions of my visits to toilet due to Aya’s cleansing activity. It’s unchangeable. Is it?

On the second day of the ceremony I was alone (in my head, in my spirit) – left alone in toilet. No voices, no visions. The sounds and colours altered. Loneliness at that instance is terrifying.

It actually could be the end of my first encounter with Ayahuasca but I need to add one more element. A very important one. In the morning, as always, we all talked about our journeys. First thing, very surprising – there was this girl. She was different. Someone else. Secondly what she said was honest comparing to her earlier stories that no-one really took seriously. She told us about her vision. Strangely she had no recollection of the earlier events. She didn’t remember she was cold. I supposed she only remembered what happened after the Shamans whispered to her and when she cried. While I already was NOWHERE.

She was in Moominland. She saw all the characters there. For me the most important words from her story were: “I’ve met my mom. She brought me a slice of bread with butter. We hugged. Mom was the only not-Moomin person there”.

Once she was done with her story, she just burst in tears. She laughed and she cried. This all was wonderful, honest and very spontaneous.

At the farewell time I couldn’t help but say out loud to my companions: “I’m a different man than I was two days ago”. They agreed. The farewell was awesome as the girl was the most hugged and cherished person. We all were like bees attracted to honey. A complete makeover.

My first journey with the spirits of the plants was done. The changes took two years. Many things happened. The reunion of Taraka (my first reunion) gave me a good kick, an impulse to what followed.

I’ll tell you the rest of it – in episodes. I’ll tell you what happened since the Taraka reunion (thanks TARAKA!) until the 21st March 2015 when I was reborn along with my Phoenix (Thanks IZA!).

After the Aya Spirits grinded me for the first time, a path to my NEW ME has started. I had no clue it was going to end like that or rather start like that. Actually it’d be more appropriate to say – it still goes on.

In short words I will describe what happened to me over these two years since the first ceremony.

What had the biggest impact on me was the meeting with Wojtek (Zen with no Zen) and the first workshop. My first Sweat Lodge experience was about to start. I was very scared. Scared of everything unknown. There was no Sweat Lodge. An incident occurred (the participants are aware of what I refer to) and then it started raining. “I’m saved” – I thought to myself. It wasn’t meant to be my time to go to the Sweat Lodge. This guy, Wojtek, has showed me the power of the Drum. I fell in love and the Drum stays with me from that moment (actually a bit later as it wasn’t for a while that I found my Drum or the Navajo Drum found me with some help from someone called Zacciah Blackburn).

The next step was meditating. A lot of meditating. But for someone else. Not as some relaxing. Nor visions. I’d rather take my Drum to help someone else than to help myself; I was a big living excuse. The healing meditations. I visualised that someone’s disease gets into me. There was this little person, on the edge of death. If it wasn’t for Wojtek’s Messengers’ help I wouldn’t be able to make it. We needed plenty of blue and green. Many good things happened to the little person, “by accident”. Even when it comes to colours of the ICU’s room. She made it although the doctors already gave up. The whole week she survived plugged to a heart-lung machine.

There were a lot of things going on with my personal life, emotionally and spiritually. A complete chaos. I was seeing many “specialists”, taking “good meds”. Waste of time. You can’t just apply the same pattern to different men. Psychology is a science but very theoretical. We all have different emotions. How easy it is to manipulate a shrink and tell him/her what he/she wants to hear.

Let’s go back to the events. My first Taraka’s convention has been a huge breakthrough (I missed four previous conventions).

My first Sweat Lodge. Great experience. I asked Coyote to do the cleaning the way he believed would be the best for that occasion. When I left the Sweat Lodge, I took off my leather necklace (chocker) and I wrapped it around the herbs (this was my gift) and then it all ended up in a fire. It wasn’t too long before the results showed up. According to Coyote what came the very same evening was the best. I was quite shocked, I didn’t see it coming. It’s not like you argue with Spirits, do you? Then, stubbornly, I was doing everything to undo previous events. And to be honest I kind of succeeded until the 18th December when Armageddon happened. I won’t go too deep about that as it’s too personal, sorry. But the world came to an end. There was sorrow, powerlessness, guilt. I felt “upset” to say diplomatically. Endless “self-shrinking” sessions, pills, more pills, sleeping tablets. A NIGHTMARE. And then, still on Taraka union, there was this moment where Iza shows up. She was an unearthly great artist who made me utterly and positively changes my opinion about artists. (I’m not going to tell you what I thought about them before I met Iza. She knows that and that’s it). Before she got to know me Iza wrote to me: Work with the power of Phoenix. (I kept her note as a relic). I had no idea what to do. It was easier to feel sorry about myself than ask. But eventually I asked. I was given instructions what to do, not how to get this done. It was a real fun. I had to discover it all. A message from the Shamans arrived. There was a new ceremony organised on the 20th March, the eclipse of the Sun. This seemed to me like Aya found me again. I spent many days on meditating between December and March. Even more since Iza gave me more instructions. It was like I hit a bulls-eye. It was like a home work, unconsciously done. It was the beginning of the research for the Phoenix (actually for his egg) because I absolutely knew the Phoenix will be mine, and no one else’s, he will re-bear with me, next to me.

I signed up for a new ceremony and I decided to go there. One week earlier I went through another Sweat Lodge at Nes’. This was extreme. All Nes’ sessions are “wet”; Wojtek makes “wet” only the last one of them. I also learnt a lot about the interpersonal relations.

Again, it all seemed right. The Sweat Lodge cleansed me physically. It fixed me. I feared I wouldn’t make it. But I know there was a reason for that. Cosiness was new. I was on my own with Nes.

After getting back from Nes’ and before going to the ceremony I was seeing – as on every Tuesday – my “GP mind fixer”. The Spirits had a different agenda though; the doctor fell ill, quite randomly. I found out about that about 8 pm on Monday. Ania from New York sent a message. She didn’t seem to be happy about me going to the Ceremony. I mentioned it earlier on.

Thursday – I’m on my way. My second journey with the Aya’s Ghosts.

A totally different crowd; full of joy, positive; some of them were here for the third time. Very much delightful people. It all was for a reason, again. Two years ago I met some weirdoes because I was one of them. Tainted with evil, bad emotions, demands and sorrow. That’s how I see this other man (myself before I died). The same scenario:

Day 0  – we made a bonfire to burn twigs from our homes, to burn our sheets of paper. We mingled. Dinner. Conversation.

Day 1 – walks, time to talk to yourself, work on your intentions. Lunch, sleep, preparations for the ceremony.

Evening. We gather in a room. Seven of us. My intention is clear and thought trough. I want to find the Phoenix’s Egg. To forgive the past to myself and to others. To find the love of the Source (to learn to love myself).

I forgot to mention this earlier on but there’s one common intention, the one the Shamans care for. It’s our safety in the ceremony room. We visualise an impermeable dome over our heads, the Astral Guardians. Nothing but the good can get through. We carry in our “evil” load but  nothing else from the outside world can access us.

The first Aya dosage. I’m calm. I know I’m safe. It starts. I realise what’s going to happen next. But hey, there’s, let’s call him, Analyzer, it’s my conscious me. Completely out of the Aya’s reach. He constantly moans, cruises for bruises, he does nothing but pointing my mistakes, he minds me doing what I’m doing, he undermines everything that happens there. It’s getting on my nerves. I start yawning. The spirits enter my body and take my on a journey. Many colours, I literarily swim in colours, a tunnel takes me to unknown. I end up….well, nowhere. Out of the blue, let’s call them “Doozers”, show up. My generation know who they are ☺. But I don’t mock them. Quite opposite. They turn up useful. I feel like Gulliver. I‘m lying down, there’s many living beings on/in me. They seem to fix, adjust some screws and bolts which appear to be on me. And the bloody Analyzer keeps talking. Keeps judging. He’s a big NO. Suddenly someone shouted (none of the beings-fixers): lay back and let us work! The Analyzer went quiet and I numbed. Upon waking up I went to throw up. Now there was a time for the beginning or maybe the follow up, a time game, actually someone played with me and with time. No idea how long it took me to stay in the toilet. It seemed like two years, maybe a second ago. I went back in time or maybe I was never there, maybe there is no second time. I saw the bathroom like it was two years ago, I wasn’t sure, maybe it was my first time. Maybe I just left the ceremony room and what I saw was just a future that didn’t exist. I felt completely lost but not afraid. I wasn’t sure of anything anymore. I went back to the ceremony room. I yawn. I fly away. The ghosts take me to a huge cave. Walking through the cave I spot him! MY GUIDE. He was sat a bit higher. Our eyes made a contact, he seemed to nod. I didn’t really want to go talk to him. I felt relieved with him being there though. Unfortunately, my Analyser was there, too. I couldn’t get him quiet. My head was full of thoughts of my intentions, of Phoenix, but my analyser sneaked in every single thought. The ghosts must have spotted this as my Guide showed up out of the blue. He wondered how I would know I’d found the egg of the Phoenix when some part of me were still conscious and negative and I couldn’t change it. My own answer did really surprise me. It came up with no hesitation and was pretty adamant. I said the only human being to love unconditionally was my little girl. Let her decide what’s next. And my daughter showed up. She walked down the cave as if she followed a red light path. The volcano’s lava. My analyser eventually went quiet. The living being and my Guide stood next to me. My little girl came back and pointed my heart. She said – dad, your egg of Phoenix is right here. My chest opened up (the same way as in my visions from journey, worms and ashes erupting from my body). But now, she removed my heart which turned in to red-hot rock with a rugby ball shape. I was like – that’s it, I found my Phoenix, I found the egg.

It was my re-birth. This had to happen so I could die the next day and keep in mind what I’m going to tell you.

What happened next was the strangest moment of all. So, I opened my eyes and I was ABSOLUTELY conscious. As if I haven’t taken anything. It was 10.15 pm maybe 10.20 pm. The first Ceremony usually takes until 11.30 pm, midnight tops. And I was utterly sober. I just lied down watching others, until about midnight, a break time. I felt happy. My intention was right. The Ghosts left, as it turned later, only for a short period of time. After the second dosage of Aya, they helped me get on a space ship drifting in orbit. I’m concluding this story quite fast. The second Ceremony focused on two things. I threw up before getting on the ship. No time play at this occasion though. Visiting the Aliens’ ship. I was there, that’s all I know. No recollection of anything apart of the fact that I never saw this kind of technology, ever. I remember when the plants wore off; the ship’s bulkheads started shutting so I had to make my way towards the exit. The Aliens said they wouldn’t let me memorize all of it. I remember a healing machine, they were radiating a patient. I remember the Aliens are mortal just like us but they used this machine to treat the majority of diseases. There were no compartments or decks on the ship. It seemed to be one big hall. Only they could access the back of the ship. I also could during my visions. The walls were made of light beam. When I recovered it was 6 am. Another interesting thing – the first session was short, up to 2 hours, and I was completely conscious. The second session took 6 hours and I can hardly say I was totally awake in the morning. The plants’ ghosts are very unforeseeable.

Day 2 – the final farewell (to the faith)

Everything went smoothly and according to schedule. Let me spare the details. Let’s focus on what happened.

The usual beginning. Colours and sounds. The Doozers came up again. To adjust. But!!! No Analyser. He was gone. My Phoenix showed up though. He took me above the clouds. Towards the light. It wasn’t the sun. It was the source of the light but unspeakably friendly. Again, it’s last as long as it what it was supposed to last. A beautiful journey, a complete self acceptance, happiness and freedom.

I woke up and saw an old Indian sitting next to me. He put a smooth stone in my palm. It had a shape of the Phoenix’s Egg. The Indian whispered. The stone was hot. I knew I couldn’t lose it. I held the stone in my palm. Burning but not painful. Next one of the shamans put some singing bowl on me. I was laying on my back and my body seemed to shake as did the singing bowls. I felt their sound. Every single part of my body felt it. No idea how long it all took but the Plants’ Ghosts showed up again. They said: “you’ve done your home work, no need for you to take a second dosage, don’t take it. You’re making a progress”.

The stone was still hot. I expected to throw up again. Another surprise, no throwing up on this ceremony. My first “clean” ceremony. Other guys had a break, so it had to be like midnight. I say “other guys”, I was with the Ghosts. When my turn came up I refused; the Ghosts said I don’t need any more. I dozed off without waiting for the second part. The Ghosts were gone. I found myself…well. I describe it all in words that may sound exalted but they can hardly depict where I was. I died. I found n Absolute. I realised that what I “felt”, “saw” and “heard” was “humanised” on purpose to help me understand this all after I come back to my dimension.

I got to a place where I felt an Ultimate Knowledge. An Absolute Love. No one and nothing can express it. It’s not a feeling anyone could feel, not even a parent. The absolute was “a place”, an absolute darkness limited by a black ceiling and a black floor. I felt like I was inside an endless box. Sounds stupid, doesn’t it? The darkness was illuminated by the colourful “jelly beans”. It sounds crazy again, I know, an absolute darkness and illuminating jelly beans, but it wasn’t self excluding. I can’t describe it in other words.

There were the living beings or maybe some Energy in one single form. I felt the living beings so I stick to this word. No hello, no wows, no nothing. They said I will forget the Ultimate Knowledge. I asked to let me remember at least something so I’d be able to understand better. They wondered what I would like to remember, I was like: TIME – the time play. The previous ceremony was full of questions to ask. I managed to remember three answers that got stuck in my head and made me get rid of the faith. I actually replaced FAITH with KNOWLEDGE. I will keep putting word in quotation marks as the words can’t really depict any of it but there’s no other human way to do it. I’ll try to present it in a form of dialog as it sounded like conversation however no words were used.

How is it possible that I was in many different moments in the same time? How do you cope with that? How don’t you get lost? They answered that there is no time in this dimension. It was like: We have existed before the time and that’s why it doesn’t concern us. All the moments focus in one spot. The Ultimate Knowledge results from the non existence of time.

My second, very human question was the sense of space (hence the time, relocation). I asked: if after I die, I’m meant to be here, what would I do to talk to someone. Send a text or email? (Yes, that’s exactly what I said). They were like: you can make yourself a phone (and all of the sudden, an object in a phone’s shade appeared in my “hands”) so you can send a text, but why would you do that? A Space? (now we were on a journey and it felt like I was in every moment of that “Space”). You know everything. And I heard the “voices” of the others. Why send anything at all? Their calm, their logic and their conviction were Absolute.

I wondered about drinking and eating. Since I don’t have a real body how I will be able to take any glass or plate. A cupboard full of glasses and plates showed up. So I “took” a plate.

They: are you hungry? Are you thirsty? Are you cold or warm?

No, I said

They: so why do you need all of this?

My last question was: what will I do once I arrive here. What if I get bored?

We’ve existed since ever and we never get bored.

I kept seeing smiling friendly faces despite the fact I didn’t actual see anyone. Love endless “serenity”, assurance in their words. I felt a part of everything; it felt like everything was a part of me. I’m unable to describe it.

Then, they talked without me asking questions. There’s no such thing as god or gods. No Supreme Being. This has surprised me. They said that we all are a part of where I was now. We are one. No need to come here earlier. Now I had a feeling that They heard my “unTHOUGHTen” thoughts, like unspoken words.

I “came” back down, started to yawn which meant the Ghosts came back. The Phoenix returned, too. Not really sure whether it was before, during or after the flight with my Phoenix, who cares. The time is hoax. The Ghosts told me to bury my past. They were so “open” about the human perception of the world. It was so obvious. The burial was a symbolic end of what’s gone. They told me to wrap everything that held me back. Wrap it in one box and bury it. Bury “myself” and “everyone else”. Upon return home I did the very last ritual. I wrote a letter, packed everything in a plastic box, grabbed a shovel and went to my own funeral. It’s a bit strange to be my own undertaker, the dead body and the mourner in one.

It’s worth bringing up another event that really was odd. On a journey, one commutes, changes location. I kept holding tight the hot stone. At some point I raised my hand and the stone slipped and fell down on the blanket I was covered with. I panicked. I really did. I sat up and started looking for it. I failed. I went “high up”. In the morning when I woke up, I found the stone next to me. On the floor. I grabbed it with a crazy joy…Pointlessly; the stone was cold, estranged. I wanted to reheat it and got rubbing it – I heard/I thought – drop it, you don’t need it anymore. So I did and fell “asleep and woke up” when the room was empty. It was just about 9 am. I’m telling you the story about the stone on purpose at the end as I’m not certain whether it all happened on that particular morning or maybe during the first ceremony. All I was sure about is that the stone was where I dropped it after it got cold and “estranged”. It wasn’t the stone that the old Indian gave me.

Once again I need to emphasize the power of the Plants’ Ghosts. One dose about 7pm and there was a whole night’s journey. The whole night without vomiting. The whole night without the Ghosts; they only showed up at the beginning of my journey and later on upon my return to give me some guidance. The whole night without the Analyser.

This is the end of my diary.

I owe a special chapter to the Shamans and their Dogs. Yes, Dogs or rather little bitches. I haven’t mentioned them on purpose. Just wanted them to have a special place in my chronicle.

The Shamans have two bitches. They both work with the Shamans however without taking Aya. But they don’t need to. The dogs can sense and see more. Should anyone need some help, the dogs were there for them. Only they know where to lay down. What to do. Sometimes they sneak under the blanket, sometimes they lick your hands or feet. They grab your hand in their teeth. It’s not random. On my first trip with Aya, among the weirdoes, the dogs were exhausted. And then yet, they were there with us for the second ceremony.

This year they didn’t have too much to do. I heard about two people who had needed their attention. Of course the Shamans’ help and assistance were constant.

The Shamans are awesome people. They are full of warmth, joy and open-mindedness. Irreplaceable on a ceremony. They have knowledge and they know whom to help. Hereby I thank them and send much Good Energy.

To finish my story let me just be strict about one thing: I lost my faith ☺ – and I replaced it with knowledge. It’s hard to describe. I just do know. I KNOW what I saw. I KNOW what I remember. I KNOW what changed in my life. It’s like someone said they don’t believe in gravity. So what? It exists. The same with what I experienced. I don’t force anyone to acquire my knowledge. I do know what I know.

What’s next? The lady shrink became the past. I said goodbye after the third session. The first session after I came back from the ceremony got me convinced I didn’t really need her. I just wanted to share with her. I’m not on any “enhancers”. There was not a single bad day since I got back. I’m surrounded by things that make me happy. People got their problems sorted. The couple who were on the edge of splitting get together. Maybe it’s me who changed. Maybe it’s me who started seeing positive things around me, things that make me smile (let’s call it a “new car syndrome” you want to get a new red AUDI, so badly that all you see is nothing but them all around you). It seems like every single day is simple, as ideal as it gets. I feel loved by the Beings from above. I can keep giving you more examples. But it doesn’t really matter; we all feel things our own way.

I don’t really have any concerns. Not that I don’t care. Not at all. But why would I? I do what I do the best, I have a child, I work, now and here, I don’t go to India to live an ascetic life. I don’t feel I need that. I live here and now, and I’m meant to do so. When the time comes I’ll change it.

I work to earn my life. It’s my task . I’m responsible for my child. It’s a double responsibility. Thanks to my daughter I found my Phoenix.

I just KNOW what’s going to happen once my body stops being useful.

Someone asked me a question: when do you go back for another ceremony? In no time my answer was: why would I? No need! I got the required knowledge. Should I, one day, need to get to know more, Aya will summon me. Now, after the second ceremony I can be certain of saying – Aya will summon me, as she always does.

WE HAVE EXISTED SINCE ALWAYS AND WE STILL HAVEN’T GOTTEN BORED

Nowe miejsce Szałasu oraz moje spotkanie z Kambo

W ten weekend wybrałem się na ceremonię Kambo i Szałas Potów (tak, tam mówią Szałas Potów) do miejscowości Tylice, niedaleko Zgorzelca. Bardzo, bardzo energetyczne i przyjazne miejsce. Jak wiadomo, miejsce tworzą ludzie, więc powinienem napisać: wspaniali ludzie stworzyli to miejsce. Piękna sala kominkowa i sypialna w jednym. Łazienka do Ceremonii Kambo – bardzo, bardzo przyjazna. Jak grota skalna. Wspaniałe miejsce. Wspólna kuchnia, każdy dba o porządek. Kuchnia składkowa, nocleg i Szałas płatny. Kambo oczywiście też. Ale to jakby zrozumiałe.
Piątek, moje pierwsze Kambo. Ceremonia bardzo wymagająca fizycznie. Dość krótka, około 20. minut, ale dzieje się sporo, z tego co pamiętam, bo odcina na jakiś czas kontakt z rzeczywistością. Prowadzący ceremonię bardzo, bardzo pomocni. Czułem się bezpiecznie. Mnóstwo pozytywnych wibracji. Według tradycji – ceremonię Kambo należy powtórzyć 3 razy w ciągu cyklu księżyca, czyli 28 dni. Był plan, aby uczestniczyć każdego dnia od piątku. Ja zdecydowałem się na jedną, chcąc dać czas Medycynie na zadziałanie i wskazówki. Dziś jednak żałuję swojej decyzji, ale mam świadomość, że wszystko jest po coś. Widać, w moim przypadku, musi nadejść moment. Może to sprawka nowego Zwierzęcia Mocy, jakim jest Żółw? Zabrał mnie do Żaby, ale wszystko powoli musi się narodzić. Mój Feniks odleciał podczas ostatniej medytacji.
Szałas Potów (będę używał nazewnictwa „Tambylców” 🙂
Ceremonia i przygotowania – bardzo podobne do „naszych”. Ciekawym elementem jest łączenie Ołtarza Ognia z Ołtarzem Ziemi i Szałasem, poprzez wytyczenie linii z tytoniu. Mistrz Ognia nie rozmawia z nikim (tylko z ogniem i prowadzi trzecią sesję – Bramę Ognia). Dopiero wtedy przemawia.
1. Sesja Pierwsza – brama Wiatru
2. Sesja Druga – brama Wody
3. Sesja Trzecia – brama Ognia
4. Sesja Czwarta – brama Ziemi
Do Szałasu wchodzimy, gdy pierwsze kamienie są już w środku. Prowadząca Ceremonię czeka, aż „zalogują” się w środku dobre duchy. Najpierw wchodzą kobiety, potem mężczyźni. Wspaniałym „wynalazkiem” jest szeroka deska, od wejścia do Szałasu, aż do dołka na kamienie. Widły z kamieniami bezpiecznie się po niej przesuwają. Proste i skuteczne. Droga pomiędzy wejściem i kamieniami jest dokładnie oczyszczona z trawy – nic się po drodze nie zapali i nie zadymi wnętrza.
Sam Szałas – stacjonarny 🙂 wersja *****. Przestronny, wygodny. Jak wersal. Przyzwyczajony do Szałasów ciasnych, niewygodnych i niskich – czułem się jak w SPA.
Pomiędzy bramami nie ma wychodzenia ani picia wody. Cały czas spędzamy w Szałasie. Ceremonia Szałasu jest głośna. Czyli są śpiewy w temacie każdej z bram. Jest to bardzo ciekawe, ale dla chcących medytacyjnie przejść przez Szałas – to może się nie udać. Ja nie umiem się skoncentrować na bardzo osobistej intencji, gdy coś się dzieje dookoła. Warto o tym pamiętać (ja będę), gdy nastawiamy się na pracę ze sobą. Ja wiem, że tam mogę zabierać intencję „bezpieczne”, czyli dla wspólnego dobra. Miłość, zdrowie, wdzięczność. Bo te emocje są absolutnie dominujące podczas Ceremonii.
Nie ma zapraszania kogokolwiek, nie ma intencji mówionych na głos. Po prostu jest inaczej. Szałas był długi, wymagający. Czterogodzinny. Brama ognia – nie bez przyczyny nosi taką nazwę. Tę bramę odczułem bardzo mocno.
Po Ceremonii nie ma darów dla Ognia, są składane symbolicznie przed rozpaleniem ogniska, przez położenie tytoniu na górze stosu wraz z intencją.
Ciekawa jest także budowa stosu. Tego nie da się opisać, będzie prościej, jeśli po prostu kiedyś to pokażę na Szałasie. Jest inna niż te, które znam.
Podsumowując ten krótki opis wspaniałego weekendu, powiem, że miejsce warte jest odwiedzenia, zarówno ze względu na ludzi, jak i samo miejsce. Kambo – każdy decyduje, czy Żaba go wzywa. Szałas – owszem, gdy mamy ochotę na urozmaicenie i sesję wspólną z każdym z kręgu, ze śpiewem i zabawą. O ile w „naszych” Szałasach nie jest on ceremonią religijną wprost, tak tutaj każdy traktuje sobie to jak chce. W Tylicach, mówi się o modlitwach, o Bogach (Bogu), mając pewnie na myśli jakąś Istotę wyższą. Kult Słońca itd. Nie wnikałem w to. Może każdy z żywiołów to Bóg. To jednak nie ma znaczenia, bo to tradycja ludzi, którzy tworzą krąg i należy to uszanować, a do Szałasu i tak każdy wchodzi z własnym bagażem i ścieżką.
Ja jako absolutny przeciwnik wiary, bogów, kultu czego i kogokolwiek – czułem się tam dobrze. Myślę, że to wystarczający powód, aby tam wrócić.

Krótka historia mojego bębna

Dostałem właśnie kolejną informację o przybyciu do Europy człowieka, który wniósł w moje bębnienie swoją cząstkę. W 2013 roku, po pierwszych warsztatach z Wojtkiem, odkryłem dźwięk Bębna. To tam czas po raz pierwszy przestał istnieć (choć wtedy jeszcze nie patrzyłem na to tak, jak teraz). To człowiek, który wykonuje Bębny szamańskie. Do mnie przemówił (choć tylko ze strony WWW) Bęben indian Navajo. Nie pamiętam, jak znalazłem go w sieci. Może to po prostu zwykły google się wtrącił… Może coś czytałem i tam trafiłem… Nie wiem. Nie to jest ważne. Przez jakiś czas korespondowałem z tym człowiekiem. Nazywa się Zacciah Blackburn . Jego (właściwie to mój) Bęben trafił do mnie i fizycznie, i energetycznie. Jak szyty na miarę :).
Dziś przyszedł list, że Zacciah Blackburn przylatuje do Europy na dziesięciodniowe warsztaty pracy z muzyką, bębnami. Pracą z duchową częścią nas.
Jeśli ktoś chce poczytać – zapraszam tutaj:

To chyba ostatni odcinek… Ostatnia taka wyprawa do Londynu

Londyn – już nie ten sam.

Byłem i zrozumiałem, że już nie muszę.

Czym był dla mnie Londyn? Odskocznią, resetem mózgu, ucieczką od tego co tu i teraz. Nie bywałem na wakacjach jak każdy (lub prawie każdy). Od 2009 roku, kilka razy w roku, to Londyn był dla mnie urlopem. Cztery, czasami pięć dni ostrej balangi. Tam nie ma żadnego problemu ze zdobyciem czegoś, co pozwala zapomnieć i totalnie zmienić świadomość. Tak było do teraz. Zaczęło się jak zwykle, choć po raz pierwszy nie cieszyłem się z tego wyjazdu tak jak kiedyś. Myślę sobie.. oho… pierwsza “dziwna” reakcja. Lecę. Właściwie jadę. Pociągiem z Brukseli. Miałem parę spraw w Niemczech, a szybkim pociągiem w życiu nie jechałem. Postanowione – ahoj przygodo!

Przyjechałem o 20:00 na King’s Cross. Jest piątek. Dwie godziny jazdy 300km/h i oto jestem. Mój Londyn. Praktycznie od razu zaczęły się wspomagacze nastroju. I tak do niedzieli po południu. W tzw. przebłyskach świadomości płynęły, co dziwne, poukładane myśli. Ciało wołało STOP, umysł, lub właściwie szczątki wołały “ale jak to stop?”

Myśli dotyczyły właśnie TU I TERAZ. Tego, co się dzieje, tego, czy i komu to teraz potrzebne. Sny, wciąż te sny o procesie naprawiania mnie. Po 45 godzinach bez snu jakoś się złożyło i zasnąłem. Na raptem 3 godziny. Bardzo ciężki okres nastał dla mnie. Po raz pierwszy tak silnie odczuwałem schodzenie tego czegoś z organizmu. To było jak koszmar. Wyglądałem jak zombie. Duchowo jednak czułem się silny. Więcej… czułem, że to, co się stało, również miało swój sens. To, jak bardzo się sponiewierałem właśnie po to, by odkryć, że nie muszę już uciekać. Nie muszę niczego resetować. Nie muszę niczego brać. Moje ustawienia są optymalne, chciałoby się powiedzieć. Po raz pierwszy, mimo że mogłem jeszcze dużo, bo był spory zapas – nie “degustowałem” specyfików, bo nie czułem potrzeby. Dla mnie to już zamknięty rozdział.

Co dało mi to wszystko? Dało mi pewność tego, kim jestem, gdzie jestem. Dało mi gwarancję, że moje narodziny, że mój Feniks to nie było tylko majaczenie po wywarze z jakichś nieznanych roślin. Ayahuasca dała mi możliwość spojrzenia w wymiary, które ciężko dostrzec. Pokazała drzwi, które chciałem otworzyć. Drzwi, przez które przeszedłem i zamknąłem za sobą z hukiem.

Minęło już ponad pół roku od ostatniej ceremonii, a ja wciąż czuję jej siłę. Mogę powiedzieć, że nie znam już tamtego świata, nie pamiętam świata przed śmiercią. Inaczej. Jak każdy z nas – nie pamiętam świata przed narodzinami.

Czy wrócę do Londynu? Oczywiście, że TAK! Ale to będzie powrót po zupełnie coś innego.

Teraz czuję, teraz wiem, że poszukiwania odmiennych stanów świadomości, w moim przypadku, zatrzymają się na Ayahuasce i Twardej Ścieżce szeroko rozumianej.

Czemu o tym wszystkim piszę? Bo mam z tego ogromną frajdę, że ktoś może znajdzie podobieństwo do skrawka siebie i będzie mi współczuł :-))) ALE ALE !!!! Stop!!! Poszukajcie prawdziwego znaczenia słowa WSPÓŁCZUCIE 🙂

Odkrywam co jest dla mnie dobre

Nie jest to mój pierwszy raz podczas pełni, gdy siadam z Bębnem i staram się odciąć od realności. Tym razem jednak postanowiłem „na świeżo” zapisać doświadczenia. Czas to również wyjątkowy, bo wyjątkowa była pełnia. Może gdy wydarzenie jest Wielkie, to i łatwiej zacząć?
Podczas medytacji zawsze jestem ubrany na biało. To już wiecie. Przed medytacją przygotowuję miejsce, zbieram wszystkie przedmioty, które chcę, by mi towarzyszyły podczas tego wydarzenia. Zapalam kadzidło (zawsze to samo), zapalam białą szałwię i okadzam siebie i przedmioty, prosząc Duchy o przybycie, wsparcie i wskazówki, co robić. Nie robię natomiast nic z oddechem. Gdy starałem skupić się na oddechu (jak uczył na zjeździe Taraki Wojtek), cała uwaga była skupiona na oddechu i nic z tego mi nie wychodzi. U mnie jest raczej odwrotnie. Mam wrażenie, że przestaję oddychać. Nie mam potrzeby oddychać. Oddech oczywiście z biologicznego punktu widzenia jest, ale wydaje mi się, że jest bardzo płytki, bardzo rzadko to robię. Stąd wrażenie braku oddechu.
Wciąż szukam muzyki, przy której mógłbym medytować. Czasami chcę, aby w tle była muzyka. Wczoraj w ramach eksperymentu była nowa/stara (bo znam ją, ale nie używałem do medytacji). Sprawdziła się bardzo dobrze. Była tłem dla bębna (przepraszam sąsiadów 🙂
Wczorajszy wieczór był naprawdę dobrym czasem na wizje, czas, który jak wiadomo nie istnieje, przestał być wyczuwalny. Środek obrazów był dość smutny, ale od początku.
Pojawiły się białe stożkowe domy z dachami jak obierki przy struganiu ołówka. Zaczęły się szybko kręcić i „zwiało mnie” nad ocean. Dziwny to ocean, jakby z mojego snu z dawnych lat o stworzeniu świata. Woda była atramentowa. Taki miała kolor. Doleciałem do miasta, które opanowane było przez tłum. Tłum dziwny, bo bardzo ściśnięty. Człowiek przy człowieku, szli ulicami. Nie było centymetra miejsca na całej ulicy, chodniku. Po prostu od budynku do budynku. Wtedy starli się z tak samo wyglądającym tłumem ludzi w mundurach, a ja wyleciałem na drapacz chmur. Ogromny budynek, na którego dachu siedział ROBOT! czyli ja. Ten robot (ja) ze smutkiem patrzył na zniszczone puste miasto. Wypalone budynki, ruiny. Podpierałem ręką robocią głowę i byłem bardzo smutny. Nagle znalazłem się w rzece. Dość brudnej. Okazało się, że myję słonia! Słoń leżał w tej rzece, bawił się wodą i błotkiem. Pryskał wszędzie. W pewnej chwili prysnął we mnie wodą (ale już czystą) i z wody zrobiła się jakby rura która mnie pochłonęła. Zacząłem zjeżdżać w świetlnej rurze. To był poniekąd koniec „nieświadomych” obrazów.
Postanowiłem wykorzystać to, czego nauczyłem się/przypomniałem sobie na ostatnich warsztatach (moja pierwsza styczność z Orłami była na warsztatach Zen bez zen z Wojtkiem).
Przywołałem jednego dużego orła i wysłałem go do koleżanki z pracy. Rozmawiałem z nią wcześniej na ten temat. Potrzebuje energii i wiary, że wszystko jej się ułoży. Ta wizja była piękna w swoim zakończeniu. Orzeł poleciał do jej domu, objął ją skrzydłami, potem przekręcił się na plecy, zamienił w dym/ducha i wniknął w nią w tej postaci.

Pół roku „po”

Wczoraj minęło 6 miesięcy od moich “narodzin”. Od naprawy mnie przez „Doozersów”, od bycia w Absolucie, od kolejnego spotkania z Duchami Roślin. Wydaje mi się, że to dobry czas na podsumowanie wydarzeń od “urodzin”.
Jakkolwiek to zabrzmi, uważam się za dobrego obserwatora. Szczególnie własnego ciała i ducha (choć mam wrażenie, że mam w sobie, półżartem – DNA Betazoida).
Przed 22. marca działo się dużo złych rzeczy. Doświadczałem fizycznych dolegliwości związanych z tym, co robiłem, jak myślałem. Teraz (z perspektywy czasu) wiem, że zapadałem się w coraz ciemniejsze rejony. Postanowiłem opisać pokrótce to, co się działo, bo może komuś to pomoże odkryć u siebie coś podobnego, skojarzyć i wywalić to całe towarzystwo z siebie. Bo przebaczenie sobie i innym, przebaczenie przeszłości – to według mnie sedno sprawy.
Dolegliwości fizyczne? Owszem…
Po pierwsze – bezsenność połączona z ogromną sennością. Jak to ostatnio u mnie bywa w słowie pisanym – totalne przeciwieństwo i sprzeczność. Ma to jednak sens, bo… bezsenność dopadała mnie, gdy kładłem się około 23:00, a wstawałem o 03:00-04:00. Byłem zmęczony, niewyspany, ale bez możliwości ponownego zaśnięcia. Za to w weekendy potrafiłem zasnąć w piątek i obudzić się w poniedziałek rano. Bez jedzenia, wychodzenia z domu, czasami tylko przyjmowałem wodę… Absolutny koszmar.
Po drugie – uczucie zapchania przełyku. Zaczęło się to od uczucia utknięcia czegoś w “jabłku Adama”; po czasie to „coś” zeszło właśnie do przełyku (tam, gdzie wykonuje się tracheotomię); idąc w dół, zatrzymało się na wejściu do żołądka. Okropne bóle, ujście do żołądka zablokowane w dziwny sposób. Przeprowadziłem testy, pijąc gorący płyn. Po przełknięciu płyn zatrzymywał się trochę poniżej splotu słonecznego i czekał tam 4-5 sekund (!!!), zanim ciurkiem (naprawdę takie to było uczucie) nie przecisnął się do żołądka. Towarzyszył temu ból. Miałem też nocne (czasami również dzienne) napady uczucia, jakbym zjadł bochenek suchego chleba, który „zatrzymał się” właśnie pod splotem słonecznym. Gdy to pojawiało się w nocy (a tak było najczęściej) – miałem wrażenie, że utopię się we własnej ślinie. Organizm myślał, że coś się zablokowało i produkował jej ogromne ilości. Nie macie pojęcia, ile w ciągu sekundy ślinianka jest w stanie wyprodukować śliny. To był dla mnie szok. Niestety, każde przełknięcie było jak tortura, bo ból, skręcał splot słoneczny, wnętrzności, przełyk. Nie pomagały żadne leki, gorące czy zimne okłady… Trwało to zawsze około 12. godzin.
Po trzecie – swędzenie skóry o określonych godzinach i w określonych partiach ciała. “Runy” (tak to czasami wyglądało) na ciele w postaci czerwonych znamion o dziwnych kształtach. Plecy, twarz, brzuch – ot, tak sobie – pokrywały się śladami bicza, pazurów. Wiem jak to brzmi, ale też wiem, jak to wyglądało. Robiłem sobie zdjęcia, bo było to bardzo dziwne. Zawsze, gdy pojawiało się coś w rodzaju znamienia, było mi w tym miejscu bardzo gorąco. Był dermatolog, maści, tabletki antyalergiczne… Zupełnie bez sensu. Nic nie pomagało.
Poniżej kilka zdjęć części ciała, które można pokazać.
Działo się to w pracy, w domu, podczas jazdy autem. Słowem wszędzie i w sposób nie do przewidzenia.
Co się dzieje od “narodzin”?
Uczucie zapchania przełyku cofa się! Cofa się dokładnie tą samą drogą, którą weszło. Na dzień dzisiejszy mam tylko “gulę” w jabłku Adama. Jakbym połknął kulkę, która – mam wrażenie – zaraz wyleci.
Moje „znamiona” nie pojawiają się już tak często, wróciły za to, o określonych porach dnia, okropnie swędzące miejsca. Kark, pośladki i brzuch. Od tego właśnie się zaczęło. Czekam więc na dzień, który będzie “czysty”.
Podobnie jest ze snem, choć nie do końca. Śpię normalnie, umiem zasnąć nawet bardzo wcześnie, naturalnie budzę się około 6:00-6:30. Zmianą są sny. Tak, właśnie sny lub właściwie ich ilość. Zawsze dużo śniłem. Bywały jednak dni, czasami tygodnie, gdy “nie śniłem”. Od powrotu z Ayi – śnię co noc. Bez względu na porę, kiedy kładę się spać, sny są zawsze. Nie zawsze opisywalno-opowiadalne, ale zawsze wiem, że śniłem i pamiętam obrazy ze snów. To taki dodatek, którego wcześniej nie było.
Wciąż czuję się pod wpływem tamtych wydarzeń, wciąż to we mnie żyje. Wciąż brak Analizatora!!!!
Po pół roku tyle się wydarzyło, wciąż się dzieje i wciąż “jeszcze mi się nie znudziło” 🙂
Jest mi tak dobrze z tym zdaniem od Istot z Absolutu. Mam je wciąż w głowie, we wszystkim co robię…
Istniejemy od zawsze i jeszcze nam się nie znudziło!
Chcę to znów napisać i podziękować z imienia. Tych zmian nie byłoby, gdyby nie Wojtek, Iza i mój pierwszy zjazd Taraki, gdzie to wszystko się zaczęło.

Moja pierwsza Twarda Ścieżka Warsztaty Twardej Ścieżki 30 czerwca – 5 lipca 2015

Znów napiszę o tym wszystkim (z mojego punktu widzenia), co się wydarzyło w tym magicznym KRUCZYBORZE, wtrącając czasem myśli i słowa innych, z którymi byłem i którzy byli ze mną.

 

Wyjazd 30 czerwca. Wcześnie rano wyjechałem, po drodze zabrałem Romę z Bytomia. Trasa jak trasa, nie ma czego opisywać. Na uwagę zasługuje jednak fakt “prześladowania” mnie przez zwierzęta. Zwierzęta nie te żywe, ale te wyłaniające się z różnych przedmiotów lub struktur niezwierzęcych. Może to tylko ja widzę tam ich sylwetki, ale w końcu to moje wspomnienia. Oto pierwsza (i niestety jedyna) z nich uwieczniona na zdjęciu. Dinozaur/jaszczur zjadający ofiarę.

 

Dzień 0

Przyjazd do Kruczyboru. Przywitanie, poznanie. Namioty, śpiwory. Temat zwykły. Potem zbieranie sił, by wytrwać. Przyjechałem bardzo chory. Z gorączką, anginą, na antybiotyku. Antybiotyków nie brałem z górką ponad 10 lat, ale przed przyjazdem do Kruczyboru musiałem do nich wrócić, bo choroba była jednak bardzo silna i gwałtowna. Zdrowy nie byłem. Przyjazd był jednak dla mnie czymś bardzo ważnym. To krok w wewnętrznym treningu własnej siły, czyli nie szukać w sobie wymówek. Skoro mogłem taki chory w niedzielę pojechać do klienta (bo umówiony byłem przed chorobą), to mogłem także przestać dziamgolić i pojechać zrobić coś dla siebie. Wtorek był ostatnim dniem zażywania tego leku. Spać poszedłem z gorączką, bólem brzucha i całą resztą dolegliwości.

 

Dzień 1

Budzę się przed świtem. Było zimno na dworze, ale miałem też dreszcze z powodu gorączki. Sen o Dziku, a potem o robakach w ziemi, jest na Tarace. Medytacje przy Dębach, śniadanie i przygotowania do budowy Szałasu Potu. Moim zadaniem było wykopanie dołka na kamienie oraz usypanie kopczyka/ołtarza przed Szałasem. Szło bardzo opornie. Upał, gorączka, ból gardła, głowy. Znów myśli – nie poddasz się, to jest Twoje zadanie, żadnych wymówek. Tu wtrącę słowa Nesa, bo  doskonale to opisał, patrząc z boku na sytuację mojego wyzdrowienia, któremu przyszło z pomocą zwierzę mocy Wojtka- czyli dzik:

“Kahuna kopał dół pod kamienie, gdzie miał stanąć szałas. Strasznie się przy tym mordował z racji swojej choroby i skwaru, który lał się z nieba (i chyba zewsząd). To było widać w dole, jaki wykopał – nierównym, nieforemnym, usypującym się. Później poszedł spać. Zanim się położył, wyglądał źle, więc półżartem zapytałem, czy wciąż wisi na krzyżu („wyglądasz jak z krzyża zdjęty”). Gdy spał, miał sen z dzikiem, o czym powiedział mi po przebudzeniu. Ja właśnie wróciłem z łąki, gdzie Ty, Wojtku, w tym czasie z ekipą budowałeś szałas. Zdecydowałeś się zasypać dół wykopany przez Kahunę i przeniosłeś centrum dalej, ale tak (uwaga!), że zasypany dół Kahuny był dokładnie w wejściu do szałasu. Tak więc chcąc nie chcąc, każdy, kto brał udział w jednej z dwóch ceremonii Szałasu Potu, wchodził i wychodził dokładnie nad zasypanym dołem Kahuny, wypowiadając formułę: „wszyscy co ze mną”, lub podobną. Opowiedziałem Kahunie o tym, że jego dół został zasypany, gdy spał, a on mi opowiedział sen o dziku. Potem przypomniał sobie, że tego ranka śnił o dole pod namiotem, w którym spał. We śnie również wykonał pewne działania, które można uznać za uzdrawiające (bodajże zasypał dziurę z robakami), tak jak twój akt zasypania „złego” dołu.”

Tak więc spałem, a wszystko, co się działo w okolicach “nieznanych”, postawiło mnie na nogi późnym popołudniem. Wstałem i byłem zdrowy. Bez żadnych dolegliwości. Przez długi czas z przyzwyczajenia mówiłem szeptem, bojąc się, że to tylko złudzenie, bo pewnie ból gardła wciąż tam jest (to jak z czkawką – gdy jest, to męczy, gdy znika tak nagle, jak się pojawiła –  odczuwasz dziwny brak i “czekasz”, kiedy koszmar czkania znów się zacznie). Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Do Szałasu wszedłem zdrowy.

Szałas Potu – był inny (jak zwykle) niż poprzednie moje ceremonie. Byłem wyprostowany (na siedząco oczywiście), chłonąłem ciepło kamieni i ziół (choć zdecydowanie wolę lawendę, którą z lekkością rusałki rzucała Renata, niż mieszankę o nieznanej zawartości, którą Janek sypał po lawendzie :). Nawet przez chwilę nie miałem ochoty wychodzić, schładzać się czy kłaść na ziemi. Szałas był niesamowity. Wyjście i kąpiel w rzece – nie do opisania!!!! Przyszła pora na sen.

Dzień 2

Spotkanie w kręgu pod Dębami, śniadanie… I moment, na który ja najbardziej czekałem od powrotu z Ayahuaski. Nie lubię określenia grób. Tym bardziej teraz, gdy wiem, że TAM wcale nie jest jak w grobie. Dzieje się bardzo dużo. Tak więc nadszedł moment na wejście w objęcia Pramatki Ziemi. Zanim to nastąpiło, trzeba było przygotować “interface” do połączenia. Upał nie był tak dokuczliwy, bo byłem zdrowy. Kopanie szło nieźle. Miejsce piękne. Wołało do mnie samotnym kwiatkiem pośrodku Nesowego pola. Kwiat pozostał u wezgłowia. Nadszedł czas na na przywitanie się z Pramatką. Zaskoczenie pełne. Cicho, to wiadomo. Ciepło, ale nie duszno (wentylacja robiła przeciąg), przytulnie i BEZPIECZNIE! Pojawiło się także to, o czym wspominał Wojtek: TOTALNA dziura myślowa. Nie mogłem wymyślić żadnej myśli. Zbawienne okazało się trenowanie z palcami. Wcześniej ułożyłem sobie zdanie, jakie jest pod każdym palcem prawej ręki. Udało się. Poprosiłem Pramatkę o ważne z mojego punktu widzenia sprawy zdrowotne (poprosiłem o dwie, przy okazji, rykoszetem 🙂 – dostałem trzy). Gdy tak leżałem w pustce umysłowej (a może spałem, a może nie) pojawiła się myśl o czymś, co mogę zrobić dla Pramatki. Nie wiem, ile czasu sklecałem w głowie jedno zdanie i wyszło mniej więcej tak:

– Dajesz mi tak wiele, poprosiłem Cię, Pramatko, o dwie rzeczy. Co ja mogę zrobić dla Ciebie? Ja, w swojej maleńkości formy i istoty, ale tylko i wyłącznie dla Ciebie – co mogę zrobić?

Wtedy przyszła wizja. Piękna i spokojna.

Ogromna sala z lustrami. Miejsca pomiędzy lustrami były wypełnione szkarłatnym pluszem/aksamitem. Czymś miękkim/mięsistym, bardzo ciepłym i delikatnym. Pojawiła się kobieta. Niska, dość krępa. Starsza, ale nie stara. W balowej szkarłatnej, błyszczącej sukni. Powiedziała wtedy: zatańcz ze mną, tak dawno nikt ze mną nie tańczył. I tańczyliśmy. Taniec dostojny. Może walc, może inny. Znajduję tylko słowo: dostojny.

Nie wiem (w sumie nawet nie bardzo mnie to interesuje), ile to trwało. Potem usłyszałem zdanie: – Możesz już wyjść. Tak też się stało. Moje zmysły wróciły. Po prostu wstałem i wyszedłem z objęć Pramatki.

 

Dzień 3

Marsz Transowy. Nowe doświadczenie. Dla mnie, osobiście, nie było porywające. Ciekawe, ale bez efektu WOW. Ale nie chodzi tu przecież o zachwyt nad każdym wydarzeniem. Nie każdego przecież porywa, np. bęben. Ja jestem raczej typem “stacjonarnym” i większą łatwość odcinania się od realu mam, gdy ciało jest nieruchome.

 

Dzień 4

Podróże z bębnem. Ulubiona (od “Zen bez Zen”) chwila tylko dla mnie. Bęben jest przy mnie i dzięki niemu dzieją się rzeczy niezwykłe. Znaleźliśmy z Radkiem miejsce. Opowiem tylko o tym, co działo się ze mną, bo tylko to jest mi znane. Rytm Radka, jego poszukiwania dźwięków – wystrzeliły mnie gdzieś w nieznane tereny. Jechałem na jakimś zwierzęciu, na zachód. Przejechałem przez kamienny most i dotarłem do podnóża gór. Wspiąłem się na pierwszą półkę/ścieżkę i zobaczyłem zastępy Ludzi Kaktusów i Ludzi Liści. Brzmi zabawnie, ale ich potęga i ich ilość budziły respekt. Szli czwórkami w dół. Czułem, że muszę iść za nimi. Ich miarowość kroków (rytmiczny stukot) spowodowało opadanie ścieżki, którą szedłem za nimi. Zajrzałem tam na chwilę. Coś mnie złapało za twarz. Ale tę twarz niefizyczną. Wciągało w ciemność. Przestraszyłem się bardzo. Fizycznie (ciało) wygiąłem w drugą stronę (jakbym robił mostek) i wręcz fizycznie poczułem, jakbym z całej twarzy odkleił gumę do żucia, a zarazem ta guma do żucia była mną i z impetem gumy wróciła do twarzy i do mnie. Nie czułem się dobrze. Bałem się. Na szczęście ta fizyczna aktywność wyrwała mnie z tej wizji. “Obudziłem się” i czułem się bardzo podobnie jak podczas przerwy na Ayahuasce. Totalnie niefizycznie. Radek wciąż pełnił rolę bębnowego. Odpłynąłem znów. Tym razem nie było aż tak intensywnych doznań, poza jednym, jakby wprowadzającym. Widziałem siebie w dzbanie. Biały porcelanowy dzban. W nim mąka. Ja siedzę na placku, z którego robi się pierogi i zjeżdżam na tym placku po mące na jajko!!!!! :))) Potem, przyleciał mój Feniks i zabrał mnie ponad chmury. Lot przeplatał się z motywem gór.

Drugi Szałas Potu. Bardzo, bardzo inny. Jak zwykle :). Ciężki fizycznie, ale i dający odpoczynek. Sesja krzyku, potem stan odrętwienia. Czułem się, jakbym całym ciałem siedział na sobie (chodzi tu o zdrętwienie w połączeniu z mrowieniem, którego doświadcza się przy „złym siedzeniu”, np. na zgiętej nodze. Po trzeciej sesji z trudem wyszedłem z Szałasu. Tak bardzo nie chciałem tam wracać. Jednak wróciłem. To mój kolejny krok do wyrywania z siebie słabości. Ostatnią sesję podarowałem zdrowiu mojej córki, której wiele zawdzięczam. To była moja motywacja. Nie wszedłem tym razem do rzeki (choć znam wersję, że ktoś ze mną tam rozmawiał lub słyszał mnie). Leżałem pod gołym niebem i patrzyłem w gwiazdy. Wiele z nich leciało w różnych kierunkach. A ja patrzyłem.

Dzień 5

Krąg przy Dębach. Orły. Wysyłanie w różne miejsca. Tę ceremonię znam z warsztatów Zen bez Zen. Bardzo, bardzo dobrze wpływa na mnie, ale w tym roku szczególnie mnie zaskoczyła. Orły, które się pojawiły, były ogromne i nie mieściły się w miejscu, które na to przeznaczyłem. Wybrałem je, pamiętając ostatni mój raz… Niestety, trochę (nawet bardzo trochę 🙂 za mało miejsca. Nie obyło się bez zniszczeń okolicznych budynków. O dwóch orłach wiem, że doleciały na miejsce. Osoba, do której je wysłałem, miała sny o dużych ptakach, noc po nocy. Niestety, choć z uśmiechem o tym piszę, jak to powiedziała – przegoniła jakieś ptaszyska, które latały po domu. Od razu skojarzyłem to z moimi orłami. Opowiedziałem jej o wysłanych orłach, ale już było za późno.

 

Aż się chce zacytować zdanie z filmu „Kiler-ów 2-óch”, tyle że słowo, które nie przystoi tu zacytować – „wygwiazdkuję” :-).

 

  • No i w pi**u, i wylądował. I cały misterny plan też w pi**u.

Wiem, że orły nie obraziły się na tę sytuację. Wojtek mówił, aby wysyłać tam, gdzie jest się pewnym potrzeby ich obecności. Na drugi raz uprzedzę…

Na tym warsztaty się zakończyły.

 

Chcę, w osobnym wątku, podziękować Darkowi i Gosi za podróże z dźwiękami mis i gongów. To taka mała Ayahuasca :).

 

Składam ogromne podziękowania dla Agni – za jej siłę i ADHD, bez którego nie dałaby rady ogarnąć tematu jedzonka, sprzątania, dzieci i wszystkiego, o czym nie wiem. Mam nadzieję, że nabierzesz doświadczenia na przyszłe razy 🙂 i zwolnisz trochę.

Dziękuję mamie Agni za wsparcie przy dzieciach, gotowaniu i ogarnianiu całości.

Wreszcie Nesowi za to, jaki jest. Mnie to pasuje :). Nes jest Duchem, ale zjawia się zawsze, gdy go potrzebuję. Trochę jak Radar O’Reilly.
Także Zwierzętom dziękuję, których obecność, jak nigdy wcześniej, manifestowała się w ogniu, patykach żywych i ogniskowych, w liściach, wizjach i snach. Była też cała masa realnych żyjątek, które nawiedzały mnie podczas medytacji: motyle, gąsienice i inne stworzenia, które bez strachu upodobały sobie moje białe rytualne ubranie.

Absolutnie również Miejscu – w którym przyszło nam być – za to, że nas przyjęło w taki właśnie sposób. Bo w tej czy innej formie jest tam, gdzie było i pewnie…

ISTNIEJE OD ZAWSZE I JESZCZE MU SIĘ NIE ZNUDZIŁO.