no i jest :)))

piękny, wyraźny. kolorowy. śniłem o remoncie domu. mojego, tego w którym teraz mieszkam. to dwupiętrowa kamiennica z 1932 roku. elewacja, dach wymagają remontu. właśnie we śnie on się robił. ekipy budowlane ocieplały budynek, tynkowały go, malowały. dziwne było to, ze tak naprawdę wciąż widziałem moje stare podwórko i elewację budynku z kamiennicy gdzie mieszkałem jako dziecko. czasami tylko była "przebitka" obrazu z moim aktualnym domem. tak czy owak efekt był przepiękny. na ocieplenie styropianowe kładziony był tynk "baranek" w kolorze waniliowym lub jasnoniebieskim. wymieniałem okna…. było tam bardzo dużo moich znajomych którzy w rzeczywistości znają się na budowlance. kręcili się, coś ustalali, grubości ocieplenia, betonu… mam dziwne uczucie, teraz gdy opisuję "budowlany sen", że było w nim coś złego. nie umiem tego sprecyzować, ale w trakcie remontu gdzieś czaiło się zło. cokolwiek to oznacza… to tyle, żegna was bob budowniczy 🙂

dziwny sen

rzecz dzieje się w moim mieszkaniu. wszystko jest normalnie. układ mieszkania, meble, kolory… jedynie kosz na brudną bieliznę stoi przy drzwiach a nie, jak jak w rzeczywistości pod oknem. pretensje mojej partnerki, że wrzucam ubrania do prania do kosza na pranie (HIC!) 🙂 powiedziała, że mam rzucać je na podłogę bo moje rzeczy śmierdzą :-O. zapytałem więc po co jest koszt na pranie skoro nie można tam wrzucać prania. nie wiem co odpowiedziała. poszła do kuchni, ja za nią. powiedziałem jej, że w takim razie ma sobie kupić swój kosz na bieliznę, swoją pralkę i swoją lodówkę (jaki związek? :P)

przed snem, wieczorem powiedziałem na głos, że muszę zapamiętać swoj sen. że jeśli się obudzę nie mogę otwierać oczu tylko przypominać sobie co mi się śniło. zadziałało 🙂 choć sen trochę z kosmosu.

sen piąty w kolejności śnienia z dawnych lat

nie ma świata. jest tylko woda. wzburzona, granatowo białe fale rozbijające się o siebie. niebo zachmurzone, sino-różowe, miejscami szaro-białe. jestem sam… choć nie do końca. jest też ON. ON to niesprecyzowany byt który właśnie zaprosił mnie żebym oglądał stworzenie świata. dokładnie tak jak czytacie. stworzenie świata. nie widzę go ale wiem że jestem tuż za nim. latamy nad wodą, ale fale nas nie dotykają. nie widziałem nic gdy tworzył, ale byłem tam gdy to się działo.

sen czwarty w kolejności śnienia z dawnych lat

osada. dużo ludzi. obcy. mówią w języku niezrozumiałym dla mnie. osada jest przesadnie czysta. idealnie symetrycznie zbudowana. lustrzane odbicie. alejki wysypane białym lastriko (takie ostre kamyczki ożywane do nagrobków). wiem, że oni wiedzą, że ja jestem obcy. ale nikt mnie nie zaczepia, nie atakuje. patrzą się na mnie tylko. idę w stronę centrum osady. tam jest plac a na palcu stoi krzyż. na nim postać/figura (w domyśle jezus 🙂 choć we śnie ja tego tak nie odbierałem. na pewno było to jakiś symbol. gdy doszedłem pod figurę ludzie, z pogodnych i w sumie życzliwych stali się źli. zaczęli coś krzyczeć w stronę figury, rzucać kamieniami, pluć na krzyż. zacząłem ich odganiać, stając plecami do krzyża i mówić, a właściwie krzyczeć że tak nie wolno, że to nie nie fair takie zachowanie. każdy przecież może wierzyć w co chce i nie trzeba tego opluwać ani wyszydzać. po paru chwilach oni przestali a figura mężczyzny "ożyła" pochyliła się do mnie i powiedziała "dziękuję ci"

sen drugi w kolejności śnienia z dawnych lat

znów moje miasto. obok mojego domu jest wyrobisko po jakimś zakładzie a w nim woda. takie dzikie kąpielisko nad którym tłumnie spędzano czas w lecie. wychodzę z klatki schodowej i znów czuję panikę w myślach ludzi. czegoś się boją ale nie wiedzą czego. ja natomiast wiem. dziwnym trafem księżyc wypadł ze swojej orbity i zbliża się do ziemi. poszedłem nad wyrobisko by razem z ludźmi patrzeć jak księżyc leci w naszą stronę. nie czułem strachu. niebo było przecudnie błękitne. słońce prażyło mocno. księżyc zbliżył się tak bardzo, że prawie mogłem go dotknąć. nagle zorientowałem się, że jestem totalnie sam na ziemi. ludzie zostali wyssani razem z całym powietrzem. wszystko przez to, że księżyc zrobił ogromną dziurę w atmosferze przez którą wszystko uciekło z ziemii. nastała cisza. totalna cisza. ani zwierząt, ani ludzi. zostałem totalnie sam na planecie. szedłem główną ulicą pod oknami swojej kamiennicy. widziałem samochody, puste, bez ludzi, sklepy, mieszkania… nikogo nie było. najdziwniejsze jest to, że mimo tej samotności i pustki nie czułem żalu. wiedziałem że nigdy nikogo już nie będzie ale ja byłem szczęśliwy. nie musiałem oddychać, nie byłem głodny. byłem sam…