Daime 2019/2020 – zerojedynkowa lekcja.

Daime – Ceremonia noworoczna.

Pierwsza w moim życiu noworoczna, trzecia w Nosso Lar generalnie. Scenariusz dość podobny do innych. Przyjazd do domu, choć trzeci raz, to bardziej już powrót, niż przyjazd :)) Od razu oddałem telefon i kluczyki. Poczułem się wolny… Oczekiwanie na pozostałych, kogo znam, kogo widzę po raz pierwszy. Cisza, rozmowy, cisza. Niesamowite jest jednak to, że choć każda Ceremonia jest inna w swoim biegu, to jest totalnie niereligijna nawet w ułamku sekundy. Nikt nie mówi o bogach, bóstwach. Mówi się jedynie o człowieczeństwie, o miłości i prawach każdego z Nas. O jedności umysłów, o potrzebach szacunku, miłości i zrozumienia. Wewnętrznie – każdy jak chce, mogą być bogi, bóstwa, boginki. Nie ma tam w zachowaniu nikogo, chęci bycia guru, przejawów jakiejkolwiek wyższości. Rozmowa, szacunek – jesteśmy tacy sami. Ty przeczytałeś więcej książek, ja byłem w większej ilości krajów, tamten zna więcej krij kundalini. Ale to bez znaczenia. Jesteśmy równi. 

To już moja druga, bezwizyjna, lub prawie bezwizyjna Ceremonia z Daime. Czy to ja się zmieniłem i nie potrzebuję fajerwerków, czy to Daime doszła do wniosku, że nie czas na to? Znów to zdanie – to też bez znaczenia. Dla mnie bardzo ważne są myśli, przede wszystkim jednak uczucia i odczucia. To one dają mi pewność tego z czym się zmagam, to one nie pozostawiają mi marginesu wątpliwości. Są jak grawitacja – z nią ciężko dyskutować. Jest i koniec. Napiszę więc co czułem, z czym się zmierzyłem i do jakich wniosków doszedłem. Czy, może trafniejszym było by napisanie – dokąd wróciłem, zatoczywszy koło 🙂 

Dzień pierwszy – Uważaj, czego sobie życzysz.

Intencja zerojedynkowca – odpuść. 

“Odpuść” jako bardzo szerokie pojęcie. Potrzebowałem zwolnienia, przełożenia pomysłów na później, odpuszczenia pewnych myśli, zachowań, lęków. Zaniechania oczekiwań, chciejstwa. Powrotu do stabilizacji – wszystko w odpowiednim momencie STANIE SIĘ. Te wszystkie rozsynchronizujące emocje… one niebezpiecznie zaczęły zbliżać się do strefy 0, zza której widać granicę absurdu. Mojego absurdu. Do tego, jak zawsze, dochodzi świadomy głos, który walczy i dogaduje, gdy Aya próbuje podziałać. Zanim jeszcze Aya przyszła w pełnej krasie, myśl, jak natrętna mucha wkręciła mi się w głowę – “Ty umiesz odpuścić sam, nie potrzebujesz mnie do tego. Pokaż, że się nie mylę.” 

Trochę mnie Aya wzięła pod włos, bo teraz głupio było zaprzeczać oczywistości, którą w ten sposób skwitowała tak znamienita osobistość. Raz użyłem, może dwa razy hasła BORG – podporządkuj się, opór jest daremny (mniej więcej tak BORG asymilują inne rasy, zależy od trafności tłumaczenia. Chodzi o Star Trek, którego jestem fanem – dla niewtajemniczonych). Poddałem się totalnie bez walki. Jakże to jest niesamowite uczucie, gdy wchodzisz bardzo mocno w proces, totalnie bez lęku, zmęczenia, siłowania się umysłem. Po prostu – idziesz i jesteś. Ciekawe jest to, że nie było bardzo wizyjnie, jak już pisałem. To było w 90% emocjonalne. Spokój, nawet delikatne zdziwienie, że tak może być. Poczucie siły – ojacie, jakie to proste. Odpuściłem i nic mnie nie ruszy. Cóż więcej – no po prostu piękna podróż. Radosna, spokojna i bardzo głęboka. Wizje – nieopisywalne. 

Hmmm.. trzeba to zrobić także podczas następnej Ceremonii i po prostu, rachu ciachu jestem “de best”. Tja… Będąc już któryś tam raz na spotkaniu z Rośliną, powinienem się spodziewać niespodziewanego. Zgubiła mnie i uśpiła czujność prostota pierwszego dnia. Nie zapaliła mi się lampka – coś za łatwo poszło. 

Dzień drugi – umówiłem się, ale Ona nie przyszła. 

To było zaskoczenie. Najpierw na luzaku, przecież wczoraj wszystko poszło zgodnie z MOIM planem – no, widać taki dzień. Gdy tymczasem po kubeczku numer 1, nic się nie zadziało. Po drugim nic się nie zadziało. Poszedłem się przejść. Trochę zaniepokojony, podobnie jak wtedy, gdy powiedzmy przez 4, 5 kolejnych dni nie mam snów. Zaczynam się bać, że coś się stało 🙂 Tym bardziej, że moja wrażliwość, nawet na połowę kubeczka “numer 1” jest znana 🙂 Potrafię całą Ceremonię być “na jednym”.

Wróciłem do jurty. Coś tam czułem, mrowienie, może delikatną zmianę percepcji, inność dźwięków. Ale wciąż nic w ogólnym sensie. W środku byłem zdruzgotany. Pustką myśli, tęskniłem wręcz za tym dogadywaczem, którego normalnie wyganiam, tęskniłem za słowami Ayi, marzyłem, żeby ktokolwiek coś powiedział. Było pusto i cicho. Patrzyłem na siebie od środka, widziałem/byłem w  pustej czaszce, jak ogromnej jaskini. Poczułem się bardzo samotny, to był obłęd. Jurta pełna ludzi, radosnych, śpiewających, a ja, samotny, wkurzony na wszystko. Tak, drażniło mnie totalnie wszystko i wszyscy. Odbierałem to jako lekcję – że ktoś coś robi co mnie denerwuje, a ja mam dalej odpuszczać i nie odzywać się słowem. Tak to sobie tłumaczyłem, z lękiem i tęsknotą poszukując głosów we mnie. To jednak nie było to. Agresja, wkurzenie było pokłosiem pustki, samotności i zaskoczenia taką sytuacją. Teraz to wiem. Mój umysł nie umiał sobie poradzić z ciszą, choć ciszy fizycznie nie było (oj nie.. prawda Mokiki? :P) Usiłowałem różnymi sposobami wejść głęboko w umysł, wywołać jakiekolwiek obrazy. Zawsze, jedyne co mogłem zobaczyć to stare, zakurzone i poszarzałe zabawki z placu zabaw, stare karuzele, brudne maskotki, maszyny, ale większość była wyłączona z prądu. Pusta, skrzypiąca, samotna. Nikomu niepotrzebna. Aya nie przyszła wcale. Do ostatniej chwili czekałem. Nie przyszła. Pozostawiła tylko emocje, pozostawiła przeświadczenie, że skrajności prowadzą do samotności. Nie mówię tutaj o wyborze “tak lub nie”, “mleko czy woda”. Mówię o odpuszczeniu. Odpuściłem wszystko, odebrano mi wszystko. Skrajność prowadzi do samotności. Odpuściłem emocje – pozostała mi dezorientacja. Nie umiem tego inaczej wyjaśnić. Wiem, że to był błąd. Może nie tyle błąd, tylko czas na taką lekcję. Gdy przestanie mi zależeć, gdy przestanę tęsknić, kochać, bać się – przestanę istnieć. Będę sam, samotny w ciszy wewnętrznej, choć w głośnym świecie ludzi. Tak nie umiem żyć. Moja zerojedynkowość nie jest rozwiązaniem na każdą sytuację. Szarość, to najpiękniejszy kolor żeby żyć ;)))) Zerojedynkowość powinna być używana wyłącznie tam, gdzie nie ma lepszej metody. Do sytuacji, gdzie lewo-prawo jest uzasadnione.

Kolejną lekcją była końcówka Ceremonii, już po zamknięciu kręgu, po sharingu. Sharing – mocno oczyszczający, jak zwykle powiedziałem zupełnie nie to, co układałem sobie w głowie. Jak zwykle górę wzięły emocje, a nie jakaś kalkulacja i przemowa. Przemówienie układane misternie “w trakcie” zawsze zmienia się totalnie. 

Po tym wszystkim pojawiło się poczucie wspólnoty. Poszedłem do Was (Was wszystkich którzy byli w jurcie) i byłem. Byłem Wami a Wy byliście mną. Poczułem, że jestem wszystkim. Nie byłem sam, słyszałem każdego z Was. Byłem mareado, choć nie widziałem zbyt wiele, to czułem. Mogłem przytulić każdego i każdą z Was. Nie można być i nie czuć. Ja byłem i czułem. Byłem każdym z Was.

Daime – historia niepodobna

Za mną kolejne spotkanie z Mamą Daime. Miejsce to samo, trzon ekipy ten sam, ludzie inni, chociaż w sumie tacy sami.

Trochę to brzmi, jak z jednego z filmów o Asterixie i Obelixie, gdy ktoś „podrobił” magiczny napój. Asterix, tłumacząc zgromadzonym mówi tak: Smak ten sam, zapach ten sam. Ale to nie napój magiczny! To zupa jest z brukselek!

Na początku więc, jesteśmy tymi brukselkami. Poszukujący, znajdujący, eksperymentujący. Bo tak na pierwszy rzut oka mi się wydawało, że mogę sobie zrobić eksperyment z własnym doświadczaniem. Stajemy się jednak jednością i prawdziwą z prawd, w połączeniu z Napojem Magicznym.

Dzień 0 (dla mnie, bo niektórzy byli już od środy)
Nie będę się skupiał na dniu przyjazdowym, bo to tradycyjnie dzień na poznanie się, odpoczynek od systemu. Wyciszenie, bycie ze sobą.

Dzień 1
Pierwsza ceremonia, gdzie prócz tradycyjnej, w moim przypadku intencji miłości, pojawiła się tym razem ścieżka w stronę – „ja nie mam cierpliwości”. Po iluśtam już Ceremoniach, wiem czego się spodziewać, wiem jakie są pierwsze objawy, że Aya się zbliża. Czekam więc „cierpliwie”, czytając książkę „Życie Buddy”. Ot, leżała na półce to wziąłem, przypadek, nic więcej :P. Czytam i nic. Czytam, czekam, cierpliwie czekam. Nic. Przyszła pora na drugi kubeczek. Przyjąłem zawartość kubeczka. Czekam. Czytam. Nic. Postanowiłem przenieść się z jurty pod drzewo, tuż za domem. Wziąłem poduszkę do medytacji, poszedłem pod drzewo, ułożyłem się w cieniu… I tyle mnie widzieli 🙂 Aya przyszła na początku bardzo fizycznie. Nie chodzi o siłowo, w znaczeniu fizycznie. Fizycznie, czyli cieleśnie. Dźwięki, kolory, kształty, dotyk, ciepło słońca. To był wgląd bardzo szybki, podpowierzchniowy (miałem wrażenie pływania pod taflą wody). Pojawiły się moje Duchy. Już umiem je rozpoznawać. Nawet chyba nie było „dzień dobry”. Po prostu padło zdanie – Ty masz cierpliwość… masz jej bardzo dużo. Ty jesteś zwyczajnie NIERCIEPLIWY. To mnie totalnie zaskoczyło. Zaczęła się „rozkminka” – to przecież to samo. Oj… jak bardzo się myliłem. Cała piątkowa podróż była lekcją. Potem, moje myśli powędrowały w bardzo pokrewne rejony odczuć, co znaczy „jestem, mam, czuję”. Rejony człowieka jako bytu skończonego. Wszystko w nas, powinno być w równowadze. To, że jestem niecierpliwy – nie oznacza, że mam w sobie pielęgnować cierpliwość. Oznacza to tylko, że trzeba przyciąć tę niecierpliwość o tyle, o ile wystaje z naszej świadomości. Gładka powierzchnia. Jak puzzle – nie można chcieć pozbyć się strachu. Trzeba przyciąć go do wielkości odwagi. Bo i strach i odwaga, są potrzebne nam samym. Służą do innych rzeczy. Ale są częścią nas. Pojawiła się myśl, pytanie, zastanowienie się nad tym, że ja, jako osoba – czuję się skończony. Czuję się bardzo dobrze sam ze sobą. Jestem spełniony i szczęśliwy. Spokojny i zsynchronizowany. Dlaczego więc, jeszcze lepiej niż lepiej, czuję się, gdy są inni. Moje Duchy wiedzą, że jestem raczej binarny. 0 albo 1. Prostota przekazu to coś, co lubię. Pojawił się ogromny pączek :). To byłem ja. Ja, jako skończony, pełny i pyszny pączek. „Znikąd” zaczął się wylewać lukier na pączka. To są właśnie inni. 🙂 Dlatego czuję się lepiej niż lepiej, gdy są inni. Nie chodzi tu o upiększanie mnie, chodzi tu o bycie z innymi. O bliskość, jak blisko jest lukier na pączku. Taka wymiana energii.. Pączek i lukier. Lukier i pączek. Nikogo z nas nie można uzupełnić sobą. Ale można otoczyć go czymś wspaniałym. Nie da się nadgryzionego pączka uzupełnić innym pączkiem, bo to zawsze będzie inny pączek, nie pasujący w doskonały sposób do nas. Jednak gdy my uznamy, że jesteśmy dobrze wypieczonym, wyrośniętym pączkiem, pozwolimy na lukier innych, otrzymamy połączenie doskonałe. Dla siebie będziemy zawsze pączkiem, dla innych będziemy tym lukrem.

Gdy tylko zaczęło mi się wydawać (bo dolewek w piątek, w moim przypadku nie było. Był kubeczek startowy „0” i kubeczek właściwy „1” znów binarnie), więc gdy zaczęło się wydawać, że Aya odchodzi, poszedłem po owoce. Miałem parcie na jabłka. Wziąłem „garść” i z pasją wchłaniałem, siedząc na ganku. Pojawiały się myśli – ileż można jeść jedno jabłko. Ile to trwa? Chwilę potem rozmawiałem z Badim, gdy zaproponował soczek z jabłek, rzuciłem – mam potrzebę gryzienia :)))))))))))))))))))))) Nie minęło kilka myśli, Aya wróciła jakby ze zdwojoną siłą. Znów drzewo, znów zabawy z cieprliwością. Obserwowanie liści, chmur, słuchanie wiatru. Chmury stawały się obrazami z gier retro, piksele rozdzielczości 160×200. Piękny proces, dużo emocji i spokoju. Tak „dojechałem” do końca dnia.

Dzień 2
Wszystko tak samo, z małym wyjątkiem. Nie było intencji. Chciałem dać wolny wybór Ayi. To już drugi raz, gdy tak robię. To się sprawdza, przynajmniej u mnie. Dzień pierwszy nauka, dzień drugi swoboda. Zaczęło się, wiadomo – kubeczek „0”. Miałem wrażenie „buuuum” po kilku chwilach. Aya zadziałała dość gwałtownie. Nawet, pokuszę się o to stwierdzenie, że dość nieprzyjemnie. Miałem w głowie scenkę z filmu Matrix, gdy Neo jest u Architekta, a z ekranów różne wersje Neo krzyczą do niego, oskarżają go, wyzywają, mają wątpliwości. U mnie było podobnie, tyle, że zamiast Neo byłem ja. Broniąc się przed Ayą, wywalając z ust, z prędkoscią karabiu maszynowego, zdania – nie chcę, mam zły dzień, nie lubię, nie mam potrzeby, przecież to moja decyzja, może innym razem. Kocham moje Duchy, które zawsze, ze spokojem, CIERPLIWOŚCIĄ :), ogromną miłością i zrozumieniem, odpowiadały – „jasne, przecież Ty nic nie musisz, możesz oszukać, możesz wylać, możesz iść gdziekolwiek, jesteś wolny”. Zrobiło mi się wtedy dość nieswojo. Głupio wręcz, że to usłyszałem. Przecież faktycznie, jestem tu z własnej woli. Skoro więc jestem, to dam sobie możliwość BYCIA. Jestem pewny, że pierwszej dolewki nie przyjąłem, bo gdy się „obudziłem” kubeczek stał w miejscu gdzie go zostawiłem po kubeczku „0”. Wtedy przyszła myśl (jedna w wielu później), która mnie totalnie rozbawiła. To chyba był mój pierwszy hihot w jurcie. Myśl, że jak mogłem pomyśleć, że ktoś będzie miał pretensje, że nie wziąłem kolejnego kubeczka, gdy był czas kubeczkowy. I to nawet nie śmiałem się ja, to znaczy fizycznie hihrałem się ciałem osobiście, ale w mojej głowie była Rada Hihraczy, która pokazała mi, że ten czas był odpowiedni na pierwszy kubeczek i miał trwać tyle ile trwał. Bo to nie chodzi o tę, konkretną sytuację. Tu chodzi o całość mnie. Odmowa czegoś, zgodna z własnym sumieniem i przekonaniem, nie może wiązać się z poczuciem winy za to. Bo to nie jest odmowa przeciwko komuś/czemuś. To odmowa w zgodzie ze sobą. Odmowa, która nie krzywdzi nikogo innego, nie krzywdzi mnie. To było na tyle silne uczucie lekkości i spokoju, że nie pamiętam kolejnych dolewek, które jednak przyjmowałem wtedy ochoczo. Były 2, może 3 dolewki. Nie wiem. Ale do tego stopnia odczuwałem wręcz potrzebę kolejnych porcji, że gdy w kubeczku zostawał osad z wywaru z poprzedniego razu, dolewałem wody, mieszałem i wypijałem wszystko, żeby kubeczek był pusty/czysty, gotowy na kolejny raz. Niesamowite uczucie lekkości. Chcę, a nie muszę. Dużo czasu spędziłem w jurcie, ale chyba więcej na zewnątrz. Mam przebłyski scen, gdy poruszałem się, np. aby dolać sobie wodę z dzbanka. Ruchy jak w zwolnionym filmie. Miękkość podłogi, jakbym chodził po gęstym budyniu, proces nalewania wody, gdy nie chciałem, żeby cokolwiek zabulgotało, lałem wodę po ściance kubka, to trwało wieczność. Obserwowałem wodę, kubek wydawał się już pełny, gdy go zakręcałem, okazywało się, że jest ledwo na dnie. Jakieś, znane z opowieści, może trochę z własnej pamięci, rozkminki o dłoni. Zabawa palcami. Wychodzenie z jurty było wyzwaniem. Świat był piękny, nowy, nieznany. Bez względu gdzie byłem, gdy pojawiał się spokojny, jak grecki posąg, z rękami założonymi do tyłu, głaszczący swoją „zeusową” brodę. Nieabsorbujący sobą, pełen troski, miłości i radości. Pojawiał się Badi Myśl. To było niesamowite, bo mam wrażenie, że wyczuwałem, gdy Badi się zbliża. Otwierałem wtedy jedno oko, czasami drugie i czekałem na to, żeby na mnie spojrzał. Czasami spojrzał, czasami nie (raz tylko zrobiło mi się smutno, gdy nie spojrzał). Ale zaraz po tym, zawsze wracała radość i miłość. Jakby Badi Myśl, przeistaczał się w Badiego Kometę, ciągnąc warkocz radości i miłości, jak płaszczem przykrywał całość wszędzie tam, gdzie się pojawiał. Leżąc w jurcie, wręcz fizycznie czułem, jak coś opada na mnie i daje uczucie spokoju. Mogłem podróżować dalej. Mój stan trwał bardzo długo, nawet po kolacji pojawił się znów, gdy już byłem w łóżku. Odkrywam to za każdym razem, że moja wrażliwość na Daime jest bardzo duża. Aya wróciła, choć delikatnie, ale wróciła. Z paletą obrazów i barw. To są te wszystkie rzeczy, którymi miałem się podzielić podczas „szeringu”. Po pierwsze jednak, mój stan był jaki był, ale na tamten moment ważniejsze, najważniejsze i najmocniejsze było doznanie inne. Byłem świadkiem przemiany tak głębokiej, tak potężnej, że nawet teraz mam ciarki na ciele, gdy o tym piszę. Wtedy (czwartek), gdy Ją poznałem, dziewczynka o pięknym imieniu Danja. Grzeczna, cichutka. Bardzo wrażliwa. Powiedziała w czwartek, że jestem jej Ayahuscowym tatą. Mieliśmy długą rozmowę, której wynikiem był właśnie ten zaszczyt bycia jej „tatą”. Ta dziewczynka, przy kolacji po pierwszej Ceremonii, bardzo się ucieszyła (a mnie zatkało), gdy powiedziałem o Niej, w zwykłej rozmowie, że „ta, młoda Kobieta.. coś tam coś tam..”. Nie pamiętam nawet czego dotyczyła ta rozmowa. Ot, po prostu siedzieliśmy we czwórkę przy stoliku jedząc kanapki :). Więc już w piątek – pojawiła się KOBIETA. W sobotę, już przy ognisku, zauważyłem, że Danja biega po wzgórzu!!!!! Jakby goniąc pokonanych. Pod to wzgórze ciężko jest wejść (będąc w objęciach Ayi), nie mówiąc o bieganiu. Danja to robiła. Włosy już nie, spięte w kucyk. Włosy rozpuszczone, Ona ubrana w piękne, królewskie wręcz szaty. Wiatr, który bawił się Jej włosami. W pewnej chwili wróciła ze wzgórza, cisnęła poduszką (cisnęła to tylko grzeczna, bardzo grzeczna forma wyrazu, tego co widziałem). Wzięła śpiwór spod drzewa (które było moim azylem dzień wcześniej) i krokiem Wojowniczki, krokiem Zwycięzcy szła w stronę ogniska. Za nią widziałem zgliszcza. Ogień, ruiny, huragan. Widziałem potęgę i moc, Silnej Kobiety, której wtedy lepiej w drogę nie wchodzić. To było coś niesamowitego. Ta Wojowniczka po prostu usiadła z nami. Usiadła i wiedziała, że urodziła się przed chwilą, jako ktoś zupełnie inny. To było bardzo mocne doznanie dla mnie.

Na koniec wrócę do tego eksperytmentowania, o którym pisałem na początku. Po krótce, jestem zakochany w retro technologii. Komputery lat 80. Commodore 64 między innymi. Gdy już nadejdzie na to moment, podzielę się z Wami intrem, które zatytułowałem „Yawanawa”. Ale to stanie się, gdy skończę je kodować.
Eksperyment miał polegać na – „Sprawdzeniu, jak mogę podnieść swoją znajomość programowania procesora MOS6502, używając do tego języka assembler :), podczas hiperaktywności neuronów w trakcie Ceremonii.” Krótko mówiąc przeczytam książkę o tym podczas podróży i po prostu będę „de best” 🙂

Brzmi, jak przynajmniej temat rozprawy doktorskiej. Dla uważnych i spostrzegawczych – tak… napisałem — Eksperyment „miał” polegać. — Aya miała zupełnie inne plany, niż moje świadome, co z tego, że rozkochane w retro zabawkach, ale wciąż świadome ja i „ja” chciejstwo. Nasze chciejstwa i wyobrażenie o potrzebach „ja”, jest wspaniale inne od tego, co Aya ma do powiedzenia. Książka leżała w tym samym miejscu, gdzie położyłem ją na początku. 😀

Jestem Jej za to wdzięczny. Dziękuję za Jej mądrość.