Daime 2019/2020 – zerojedynkowa lekcja.

Daime – Ceremonia noworoczna.

Pierwsza w moim życiu noworoczna, trzecia w Nosso Lar generalnie. Scenariusz dość podobny do innych. Przyjazd do domu, choć trzeci raz, to bardziej już powrót, niż przyjazd :)) Od razu oddałem telefon i kluczyki. Poczułem się wolny… Oczekiwanie na pozostałych, kogo znam, kogo widzę po raz pierwszy. Cisza, rozmowy, cisza. Niesamowite jest jednak to, że choć każda Ceremonia jest inna w swoim biegu, to jest totalnie niereligijna nawet w ułamku sekundy. Nikt nie mówi o bogach, bóstwach. Mówi się jedynie o człowieczeństwie, o miłości i prawach każdego z Nas. O jedności umysłów, o potrzebach szacunku, miłości i zrozumienia. Wewnętrznie – każdy jak chce, mogą być bogi, bóstwa, boginki. Nie ma tam w zachowaniu nikogo, chęci bycia guru, przejawów jakiejkolwiek wyższości. Rozmowa, szacunek – jesteśmy tacy sami. Ty przeczytałeś więcej książek, ja byłem w większej ilości krajów, tamten zna więcej krij kundalini. Ale to bez znaczenia. Jesteśmy równi. 

To już moja druga, bezwizyjna, lub prawie bezwizyjna Ceremonia z Daime. Czy to ja się zmieniłem i nie potrzebuję fajerwerków, czy to Daime doszła do wniosku, że nie czas na to? Znów to zdanie – to też bez znaczenia. Dla mnie bardzo ważne są myśli, przede wszystkim jednak uczucia i odczucia. To one dają mi pewność tego z czym się zmagam, to one nie pozostawiają mi marginesu wątpliwości. Są jak grawitacja – z nią ciężko dyskutować. Jest i koniec. Napiszę więc co czułem, z czym się zmierzyłem i do jakich wniosków doszedłem. Czy, może trafniejszym było by napisanie – dokąd wróciłem, zatoczywszy koło 🙂 

Dzień pierwszy – Uważaj, czego sobie życzysz.

Intencja zerojedynkowca – odpuść. 

“Odpuść” jako bardzo szerokie pojęcie. Potrzebowałem zwolnienia, przełożenia pomysłów na później, odpuszczenia pewnych myśli, zachowań, lęków. Zaniechania oczekiwań, chciejstwa. Powrotu do stabilizacji – wszystko w odpowiednim momencie STANIE SIĘ. Te wszystkie rozsynchronizujące emocje… one niebezpiecznie zaczęły zbliżać się do strefy 0, zza której widać granicę absurdu. Mojego absurdu. Do tego, jak zawsze, dochodzi świadomy głos, który walczy i dogaduje, gdy Aya próbuje podziałać. Zanim jeszcze Aya przyszła w pełnej krasie, myśl, jak natrętna mucha wkręciła mi się w głowę – “Ty umiesz odpuścić sam, nie potrzebujesz mnie do tego. Pokaż, że się nie mylę.” 

Trochę mnie Aya wzięła pod włos, bo teraz głupio było zaprzeczać oczywistości, którą w ten sposób skwitowała tak znamienita osobistość. Raz użyłem, może dwa razy hasła BORG – podporządkuj się, opór jest daremny (mniej więcej tak BORG asymilują inne rasy, zależy od trafności tłumaczenia. Chodzi o Star Trek, którego jestem fanem – dla niewtajemniczonych). Poddałem się totalnie bez walki. Jakże to jest niesamowite uczucie, gdy wchodzisz bardzo mocno w proces, totalnie bez lęku, zmęczenia, siłowania się umysłem. Po prostu – idziesz i jesteś. Ciekawe jest to, że nie było bardzo wizyjnie, jak już pisałem. To było w 90% emocjonalne. Spokój, nawet delikatne zdziwienie, że tak może być. Poczucie siły – ojacie, jakie to proste. Odpuściłem i nic mnie nie ruszy. Cóż więcej – no po prostu piękna podróż. Radosna, spokojna i bardzo głęboka. Wizje – nieopisywalne. 

Hmmm.. trzeba to zrobić także podczas następnej Ceremonii i po prostu, rachu ciachu jestem “de best”. Tja… Będąc już któryś tam raz na spotkaniu z Rośliną, powinienem się spodziewać niespodziewanego. Zgubiła mnie i uśpiła czujność prostota pierwszego dnia. Nie zapaliła mi się lampka – coś za łatwo poszło. 

Dzień drugi – umówiłem się, ale Ona nie przyszła. 

To było zaskoczenie. Najpierw na luzaku, przecież wczoraj wszystko poszło zgodnie z MOIM planem – no, widać taki dzień. Gdy tymczasem po kubeczku numer 1, nic się nie zadziało. Po drugim nic się nie zadziało. Poszedłem się przejść. Trochę zaniepokojony, podobnie jak wtedy, gdy powiedzmy przez 4, 5 kolejnych dni nie mam snów. Zaczynam się bać, że coś się stało 🙂 Tym bardziej, że moja wrażliwość, nawet na połowę kubeczka “numer 1” jest znana 🙂 Potrafię całą Ceremonię być “na jednym”.

Wróciłem do jurty. Coś tam czułem, mrowienie, może delikatną zmianę percepcji, inność dźwięków. Ale wciąż nic w ogólnym sensie. W środku byłem zdruzgotany. Pustką myśli, tęskniłem wręcz za tym dogadywaczem, którego normalnie wyganiam, tęskniłem za słowami Ayi, marzyłem, żeby ktokolwiek coś powiedział. Było pusto i cicho. Patrzyłem na siebie od środka, widziałem/byłem w  pustej czaszce, jak ogromnej jaskini. Poczułem się bardzo samotny, to był obłęd. Jurta pełna ludzi, radosnych, śpiewających, a ja, samotny, wkurzony na wszystko. Tak, drażniło mnie totalnie wszystko i wszyscy. Odbierałem to jako lekcję – że ktoś coś robi co mnie denerwuje, a ja mam dalej odpuszczać i nie odzywać się słowem. Tak to sobie tłumaczyłem, z lękiem i tęsknotą poszukując głosów we mnie. To jednak nie było to. Agresja, wkurzenie było pokłosiem pustki, samotności i zaskoczenia taką sytuacją. Teraz to wiem. Mój umysł nie umiał sobie poradzić z ciszą, choć ciszy fizycznie nie było (oj nie.. prawda Mokiki? :P) Usiłowałem różnymi sposobami wejść głęboko w umysł, wywołać jakiekolwiek obrazy. Zawsze, jedyne co mogłem zobaczyć to stare, zakurzone i poszarzałe zabawki z placu zabaw, stare karuzele, brudne maskotki, maszyny, ale większość była wyłączona z prądu. Pusta, skrzypiąca, samotna. Nikomu niepotrzebna. Aya nie przyszła wcale. Do ostatniej chwili czekałem. Nie przyszła. Pozostawiła tylko emocje, pozostawiła przeświadczenie, że skrajności prowadzą do samotności. Nie mówię tutaj o wyborze “tak lub nie”, “mleko czy woda”. Mówię o odpuszczeniu. Odpuściłem wszystko, odebrano mi wszystko. Skrajność prowadzi do samotności. Odpuściłem emocje – pozostała mi dezorientacja. Nie umiem tego inaczej wyjaśnić. Wiem, że to był błąd. Może nie tyle błąd, tylko czas na taką lekcję. Gdy przestanie mi zależeć, gdy przestanę tęsknić, kochać, bać się – przestanę istnieć. Będę sam, samotny w ciszy wewnętrznej, choć w głośnym świecie ludzi. Tak nie umiem żyć. Moja zerojedynkowość nie jest rozwiązaniem na każdą sytuację. Szarość, to najpiękniejszy kolor żeby żyć ;)))) Zerojedynkowość powinna być używana wyłącznie tam, gdzie nie ma lepszej metody. Do sytuacji, gdzie lewo-prawo jest uzasadnione.

Kolejną lekcją była końcówka Ceremonii, już po zamknięciu kręgu, po sharingu. Sharing – mocno oczyszczający, jak zwykle powiedziałem zupełnie nie to, co układałem sobie w głowie. Jak zwykle górę wzięły emocje, a nie jakaś kalkulacja i przemowa. Przemówienie układane misternie “w trakcie” zawsze zmienia się totalnie. 

Po tym wszystkim pojawiło się poczucie wspólnoty. Poszedłem do Was (Was wszystkich którzy byli w jurcie) i byłem. Byłem Wami a Wy byliście mną. Poczułem, że jestem wszystkim. Nie byłem sam, słyszałem każdego z Was. Byłem mareado, choć nie widziałem zbyt wiele, to czułem. Mogłem przytulić każdego i każdą z Was. Nie można być i nie czuć. Ja byłem i czułem. Byłem każdym z Was.

Szałas Potu pod Kłodzkiem.

Opiszę troszkę miejsce, troszkę samą ceremonię. Było mocno inaczej, czegoś było za mało, czegoś za dużo. Jak zawsze będę subiektywny, bo to w końcu moje odczucia 🙂

Miejsce – dom. Niesamowite, dobre, energetyczne, przyjazne – na bogato 🙂 wyposażone.

Miejsce – okolica. Piękne, rozległe, wolne. Dzikie łąki, lasy, góry.

Budowa Szałasu (tak, ja będę używał wciąż nazwy Szałas Potu) przebiegła bardzo sprawnie. Las obdarzył nas odpowiednimi materiałami, okoliczne pola pięknymi, warstwowymi kamieniami.

A tak wyglądało już po zakończeniu pracy.

Ogień rozpalił się błyskawicznie, dając pewność, że kamienie rozgrzeją się i będą z nami w pełnej, gorącej krasie 🙂

Sama Ceremonia inna niż do tej pory znałem. Cicha. Bardzo cicha. Bez słów, bez wyraźnych granic. Taki eksperyment. Ba… dodatkowo doszła runda 5, która normalnie nie występuje. Już bez dodatkowych kamieni. Ja, wewnętrznie i tak zrobiłem sobie rundy, zapraszanie duchowych gości, intencje. Do tej formy jestem przywiązany i nie chcę tego zmieniać. Podobnie będzie, jeśli kiedykolwiek pojawi się runda 5 – dla mnie Szałas musi zakończyć się po rundzie 4. Ta runda powinna być najgorętsza, by po wyjściu z Szałasu móc doznać „szoku termicznego” tak bardzo potrzebnego umysłowi i ciału. Szałas był mocny, dla mnie osobiście bardzo potrzebny, szczególnie moim intencjom. Był śpiew (po raz pierwszy poczułem potrzebę śpiewu, sam z siebie). Czułem się wolny, czułem radość, ale także konieczność oczyszczenia z pewnych nadmiarowych emocji.

Ostatnią innością tego Szałasu była pora jego rozpoczęcia oraz krótkość trwania. Może było to 75, może 90 minut. Około 20 byliśmy już w domu, zastanawiając się – co robić, z tak pięknie rozpoczętym wieczorem? :))

Nie da się pominąć jedzenia, które każdy z nas przywiózł ze sobą. Wszystko było wspaniałe, smaczne. Przygotowane z sercem.

Tak, to były warsztaty zupełnie nowe, z elementami starego, częściowo zmodyfikowane. Takie jak miały być na ten moment. Dla mnie bardzo ważne, bo pewne rzeczy ja też zrobiłem inaczej, po raz pierwszy. Wszystko wyszło doskonale.

Holenderska Ceremonia Mexicana.

Wróciłem z Holandii, gdzie samotnie zrobiłem swoją pierwszą Ceremonię Psylo. Użyłem odmiany Mexicana. Podszedłem troszkę „naukowo”, chcąc móc opisać etapy, stany umysłu i ciała. Był więc zegarek, telefon z dyktafonem i muzyka z Deezer 🙂 Obudziłem się jak zwykle dość wcześnie, na śniadanie wypiłem 45 gramów ceremonialnego Kakao Keith’a. Godzina po Kakao upłynęła na wyciszeniu, dopasowaniu playlisty, aby móc później nie zajmować się tym tematem. Około godziny 10, odmierzyłem 1.25 grama Mexicany, włożyłem do ust i trzymałem około 3 minut. Smak bardzo pozytwny… jak borowiki :). Potem popiłem czystą wodą i czekałem. Mineło około 20 minut, gdy poczułem zmiany. Uderzenie ciepła na całym ciele, lekkie odrętwienie. Drżenie rąk, ziewanie. Te wszystkie stany są bardzo podobne do Ayahuascowych. W moim przypadku jestem zwolennikiem stacjonarnego „bycia”. Wcześniej, przy rezerwacji apartamentu, poprosiłem właściciela o miękki koc, poduszkę i coś do ogrzewania, gdyby kaloryfery jeszcze nie były włączone. Wszysto było jak chciałem. Jovan spisał się na medal. Położyłem się, zawinąłem w koc, jak larwa w kokon i zaczęło się. Od razu spora różnica, w porównaniu z Ayą. Kolory. Zupełnie inne. Ziemiste, jakby przykurzone. Aya jest pastelowa, neonowa i głęboka. Nie piszę tego, że było źle, że zawiedzieny jestem :). Widać taka jest Mexicana. Opisałem po prostu inność. Podróż piękna, bardzo empatyczna, radosna. Myślę, że poranna Ceremonia Kakao też dużo dała. Mniej więcej po godzinie postanowiłem wziąć drugą dawkę, mniejszą, bo tylko 0.7 grama. To było dobre posunięcie jak na pierwszy raz. Kontynuacja kolorów, podróży i dźwięków była mocna. Zaskakująca, radosna. Ciekawostką jest jednak to, że nie umiem opisać tego co widziałem, nie umiem opisać myśli, jakbym nic nie pamiętał. Wewnętrznie jedak pamiętam wszystko. Bardzo dziwne uczucie. To zupełnie odwrotnie niż przy Ayi. Może tak się stało, bo chciałem być dość „świadomy”, żeby kontrolować czas, otoczenie. Częste przerywanie procesu, nie zagłębianie się w taki sposób luźny, oczywisty. Pewnie wszystko miało wpływ. Czas łączny 4 godziny.

Daime – historia niepodobna

Za mną kolejne spotkanie z Mamą Daime. Miejsce to samo, trzon ekipy ten sam, ludzie inni, chociaż w sumie tacy sami.

Trochę to brzmi, jak z jednego z filmów o Asterixie i Obelixie, gdy ktoś „podrobił” magiczny napój. Asterix, tłumacząc zgromadzonym mówi tak: Smak ten sam, zapach ten sam. Ale to nie napój magiczny! To zupa jest z brukselek!

Na początku więc, jesteśmy tymi brukselkami. Poszukujący, znajdujący, eksperymentujący. Bo tak na pierwszy rzut oka mi się wydawało, że mogę sobie zrobić eksperyment z własnym doświadczaniem. Stajemy się jednak jednością i prawdziwą z prawd, w połączeniu z Napojem Magicznym.

Dzień 0 (dla mnie, bo niektórzy byli już od środy)
Nie będę się skupiał na dniu przyjazdowym, bo to tradycyjnie dzień na poznanie się, odpoczynek od systemu. Wyciszenie, bycie ze sobą.

Dzień 1
Pierwsza ceremonia, gdzie prócz tradycyjnej, w moim przypadku intencji miłości, pojawiła się tym razem ścieżka w stronę – „ja nie mam cierpliwości”. Po iluśtam już Ceremoniach, wiem czego się spodziewać, wiem jakie są pierwsze objawy, że Aya się zbliża. Czekam więc „cierpliwie”, czytając książkę „Życie Buddy”. Ot, leżała na półce to wziąłem, przypadek, nic więcej :P. Czytam i nic. Czytam, czekam, cierpliwie czekam. Nic. Przyszła pora na drugi kubeczek. Przyjąłem zawartość kubeczka. Czekam. Czytam. Nic. Postanowiłem przenieść się z jurty pod drzewo, tuż za domem. Wziąłem poduszkę do medytacji, poszedłem pod drzewo, ułożyłem się w cieniu… I tyle mnie widzieli 🙂 Aya przyszła na początku bardzo fizycznie. Nie chodzi o siłowo, w znaczeniu fizycznie. Fizycznie, czyli cieleśnie. Dźwięki, kolory, kształty, dotyk, ciepło słońca. To był wgląd bardzo szybki, podpowierzchniowy (miałem wrażenie pływania pod taflą wody). Pojawiły się moje Duchy. Już umiem je rozpoznawać. Nawet chyba nie było „dzień dobry”. Po prostu padło zdanie – Ty masz cierpliwość… masz jej bardzo dużo. Ty jesteś zwyczajnie NIERCIEPLIWY. To mnie totalnie zaskoczyło. Zaczęła się „rozkminka” – to przecież to samo. Oj… jak bardzo się myliłem. Cała piątkowa podróż była lekcją. Potem, moje myśli powędrowały w bardzo pokrewne rejony odczuć, co znaczy „jestem, mam, czuję”. Rejony człowieka jako bytu skończonego. Wszystko w nas, powinno być w równowadze. To, że jestem niecierpliwy – nie oznacza, że mam w sobie pielęgnować cierpliwość. Oznacza to tylko, że trzeba przyciąć tę niecierpliwość o tyle, o ile wystaje z naszej świadomości. Gładka powierzchnia. Jak puzzle – nie można chcieć pozbyć się strachu. Trzeba przyciąć go do wielkości odwagi. Bo i strach i odwaga, są potrzebne nam samym. Służą do innych rzeczy. Ale są częścią nas. Pojawiła się myśl, pytanie, zastanowienie się nad tym, że ja, jako osoba – czuję się skończony. Czuję się bardzo dobrze sam ze sobą. Jestem spełniony i szczęśliwy. Spokojny i zsynchronizowany. Dlaczego więc, jeszcze lepiej niż lepiej, czuję się, gdy są inni. Moje Duchy wiedzą, że jestem raczej binarny. 0 albo 1. Prostota przekazu to coś, co lubię. Pojawił się ogromny pączek :). To byłem ja. Ja, jako skończony, pełny i pyszny pączek. „Znikąd” zaczął się wylewać lukier na pączka. To są właśnie inni. 🙂 Dlatego czuję się lepiej niż lepiej, gdy są inni. Nie chodzi tu o upiększanie mnie, chodzi tu o bycie z innymi. O bliskość, jak blisko jest lukier na pączku. Taka wymiana energii.. Pączek i lukier. Lukier i pączek. Nikogo z nas nie można uzupełnić sobą. Ale można otoczyć go czymś wspaniałym. Nie da się nadgryzionego pączka uzupełnić innym pączkiem, bo to zawsze będzie inny pączek, nie pasujący w doskonały sposób do nas. Jednak gdy my uznamy, że jesteśmy dobrze wypieczonym, wyrośniętym pączkiem, pozwolimy na lukier innych, otrzymamy połączenie doskonałe. Dla siebie będziemy zawsze pączkiem, dla innych będziemy tym lukrem.

Gdy tylko zaczęło mi się wydawać (bo dolewek w piątek, w moim przypadku nie było. Był kubeczek startowy „0” i kubeczek właściwy „1” znów binarnie), więc gdy zaczęło się wydawać, że Aya odchodzi, poszedłem po owoce. Miałem parcie na jabłka. Wziąłem „garść” i z pasją wchłaniałem, siedząc na ganku. Pojawiały się myśli – ileż można jeść jedno jabłko. Ile to trwa? Chwilę potem rozmawiałem z Badim, gdy zaproponował soczek z jabłek, rzuciłem – mam potrzebę gryzienia :)))))))))))))))))))))) Nie minęło kilka myśli, Aya wróciła jakby ze zdwojoną siłą. Znów drzewo, znów zabawy z cieprliwością. Obserwowanie liści, chmur, słuchanie wiatru. Chmury stawały się obrazami z gier retro, piksele rozdzielczości 160×200. Piękny proces, dużo emocji i spokoju. Tak „dojechałem” do końca dnia.

Dzień 2
Wszystko tak samo, z małym wyjątkiem. Nie było intencji. Chciałem dać wolny wybór Ayi. To już drugi raz, gdy tak robię. To się sprawdza, przynajmniej u mnie. Dzień pierwszy nauka, dzień drugi swoboda. Zaczęło się, wiadomo – kubeczek „0”. Miałem wrażenie „buuuum” po kilku chwilach. Aya zadziałała dość gwałtownie. Nawet, pokuszę się o to stwierdzenie, że dość nieprzyjemnie. Miałem w głowie scenkę z filmu Matrix, gdy Neo jest u Architekta, a z ekranów różne wersje Neo krzyczą do niego, oskarżają go, wyzywają, mają wątpliwości. U mnie było podobnie, tyle, że zamiast Neo byłem ja. Broniąc się przed Ayą, wywalając z ust, z prędkoscią karabiu maszynowego, zdania – nie chcę, mam zły dzień, nie lubię, nie mam potrzeby, przecież to moja decyzja, może innym razem. Kocham moje Duchy, które zawsze, ze spokojem, CIERPLIWOŚCIĄ :), ogromną miłością i zrozumieniem, odpowiadały – „jasne, przecież Ty nic nie musisz, możesz oszukać, możesz wylać, możesz iść gdziekolwiek, jesteś wolny”. Zrobiło mi się wtedy dość nieswojo. Głupio wręcz, że to usłyszałem. Przecież faktycznie, jestem tu z własnej woli. Skoro więc jestem, to dam sobie możliwość BYCIA. Jestem pewny, że pierwszej dolewki nie przyjąłem, bo gdy się „obudziłem” kubeczek stał w miejscu gdzie go zostawiłem po kubeczku „0”. Wtedy przyszła myśl (jedna w wielu później), która mnie totalnie rozbawiła. To chyba był mój pierwszy hihot w jurcie. Myśl, że jak mogłem pomyśleć, że ktoś będzie miał pretensje, że nie wziąłem kolejnego kubeczka, gdy był czas kubeczkowy. I to nawet nie śmiałem się ja, to znaczy fizycznie hihrałem się ciałem osobiście, ale w mojej głowie była Rada Hihraczy, która pokazała mi, że ten czas był odpowiedni na pierwszy kubeczek i miał trwać tyle ile trwał. Bo to nie chodzi o tę, konkretną sytuację. Tu chodzi o całość mnie. Odmowa czegoś, zgodna z własnym sumieniem i przekonaniem, nie może wiązać się z poczuciem winy za to. Bo to nie jest odmowa przeciwko komuś/czemuś. To odmowa w zgodzie ze sobą. Odmowa, która nie krzywdzi nikogo innego, nie krzywdzi mnie. To było na tyle silne uczucie lekkości i spokoju, że nie pamiętam kolejnych dolewek, które jednak przyjmowałem wtedy ochoczo. Były 2, może 3 dolewki. Nie wiem. Ale do tego stopnia odczuwałem wręcz potrzebę kolejnych porcji, że gdy w kubeczku zostawał osad z wywaru z poprzedniego razu, dolewałem wody, mieszałem i wypijałem wszystko, żeby kubeczek był pusty/czysty, gotowy na kolejny raz. Niesamowite uczucie lekkości. Chcę, a nie muszę. Dużo czasu spędziłem w jurcie, ale chyba więcej na zewnątrz. Mam przebłyski scen, gdy poruszałem się, np. aby dolać sobie wodę z dzbanka. Ruchy jak w zwolnionym filmie. Miękkość podłogi, jakbym chodził po gęstym budyniu, proces nalewania wody, gdy nie chciałem, żeby cokolwiek zabulgotało, lałem wodę po ściance kubka, to trwało wieczność. Obserwowałem wodę, kubek wydawał się już pełny, gdy go zakręcałem, okazywało się, że jest ledwo na dnie. Jakieś, znane z opowieści, może trochę z własnej pamięci, rozkminki o dłoni. Zabawa palcami. Wychodzenie z jurty było wyzwaniem. Świat był piękny, nowy, nieznany. Bez względu gdzie byłem, gdy pojawiał się spokojny, jak grecki posąg, z rękami założonymi do tyłu, głaszczący swoją „zeusową” brodę. Nieabsorbujący sobą, pełen troski, miłości i radości. Pojawiał się Badi Myśl. To było niesamowite, bo mam wrażenie, że wyczuwałem, gdy Badi się zbliża. Otwierałem wtedy jedno oko, czasami drugie i czekałem na to, żeby na mnie spojrzał. Czasami spojrzał, czasami nie (raz tylko zrobiło mi się smutno, gdy nie spojrzał). Ale zaraz po tym, zawsze wracała radość i miłość. Jakby Badi Myśl, przeistaczał się w Badiego Kometę, ciągnąc warkocz radości i miłości, jak płaszczem przykrywał całość wszędzie tam, gdzie się pojawiał. Leżąc w jurcie, wręcz fizycznie czułem, jak coś opada na mnie i daje uczucie spokoju. Mogłem podróżować dalej. Mój stan trwał bardzo długo, nawet po kolacji pojawił się znów, gdy już byłem w łóżku. Odkrywam to za każdym razem, że moja wrażliwość na Daime jest bardzo duża. Aya wróciła, choć delikatnie, ale wróciła. Z paletą obrazów i barw. To są te wszystkie rzeczy, którymi miałem się podzielić podczas „szeringu”. Po pierwsze jednak, mój stan był jaki był, ale na tamten moment ważniejsze, najważniejsze i najmocniejsze było doznanie inne. Byłem świadkiem przemiany tak głębokiej, tak potężnej, że nawet teraz mam ciarki na ciele, gdy o tym piszę. Wtedy (czwartek), gdy Ją poznałem, dziewczynka o pięknym imieniu Danja. Grzeczna, cichutka. Bardzo wrażliwa. Powiedziała w czwartek, że jestem jej Ayahuscowym tatą. Mieliśmy długą rozmowę, której wynikiem był właśnie ten zaszczyt bycia jej „tatą”. Ta dziewczynka, przy kolacji po pierwszej Ceremonii, bardzo się ucieszyła (a mnie zatkało), gdy powiedziałem o Niej, w zwykłej rozmowie, że „ta, młoda Kobieta.. coś tam coś tam..”. Nie pamiętam nawet czego dotyczyła ta rozmowa. Ot, po prostu siedzieliśmy we czwórkę przy stoliku jedząc kanapki :). Więc już w piątek – pojawiła się KOBIETA. W sobotę, już przy ognisku, zauważyłem, że Danja biega po wzgórzu!!!!! Jakby goniąc pokonanych. Pod to wzgórze ciężko jest wejść (będąc w objęciach Ayi), nie mówiąc o bieganiu. Danja to robiła. Włosy już nie, spięte w kucyk. Włosy rozpuszczone, Ona ubrana w piękne, królewskie wręcz szaty. Wiatr, który bawił się Jej włosami. W pewnej chwili wróciła ze wzgórza, cisnęła poduszką (cisnęła to tylko grzeczna, bardzo grzeczna forma wyrazu, tego co widziałem). Wzięła śpiwór spod drzewa (które było moim azylem dzień wcześniej) i krokiem Wojowniczki, krokiem Zwycięzcy szła w stronę ogniska. Za nią widziałem zgliszcza. Ogień, ruiny, huragan. Widziałem potęgę i moc, Silnej Kobiety, której wtedy lepiej w drogę nie wchodzić. To było coś niesamowitego. Ta Wojowniczka po prostu usiadła z nami. Usiadła i wiedziała, że urodziła się przed chwilą, jako ktoś zupełnie inny. To było bardzo mocne doznanie dla mnie.

Na koniec wrócę do tego eksperytmentowania, o którym pisałem na początku. Po krótce, jestem zakochany w retro technologii. Komputery lat 80. Commodore 64 między innymi. Gdy już nadejdzie na to moment, podzielę się z Wami intrem, które zatytułowałem „Yawanawa”. Ale to stanie się, gdy skończę je kodować.
Eksperyment miał polegać na – „Sprawdzeniu, jak mogę podnieść swoją znajomość programowania procesora MOS6502, używając do tego języka assembler :), podczas hiperaktywności neuronów w trakcie Ceremonii.” Krótko mówiąc przeczytam książkę o tym podczas podróży i po prostu będę „de best” 🙂

Brzmi, jak przynajmniej temat rozprawy doktorskiej. Dla uważnych i spostrzegawczych – tak… napisałem — Eksperyment „miał” polegać. — Aya miała zupełnie inne plany, niż moje świadome, co z tego, że rozkochane w retro zabawkach, ale wciąż świadome ja i „ja” chciejstwo. Nasze chciejstwa i wyobrażenie o potrzebach „ja”, jest wspaniale inne od tego, co Aya ma do powiedzenia. Książka leżała w tym samym miejscu, gdzie położyłem ją na początku. 😀

Jestem Jej za to wdzięczny. Dziękuję za Jej mądrość.

Ayahuasca Daime – nowy początek?

Byłem niedawno, na moich dwóch pierwszych Ceremoniach z Daime. Mój cykl 3-letni zatoczył koło, Aya mnie przywołała. Pierwszy raz w tym miejscu (Nosso Lar), pierwszy raz z Duchami tej rośliny. Początek, podobny do poprzednich Ceremonii w innym miejscu. Przyjazd, popołudnie i wieczór na aklimatyzację, wyciszenie (tu wtrącę, że tę lekcję słabo odrobiłem co się okaże później 🙂 Od pierwszej chwili – energetyczne, DOBRE miejsce.

Dzień 0

Przywitanie też takie jak lubię. Normalne, bez zalewania i topienia w radości i miłości nowo poznanej osoby. Na pewno jednak miejsce doskonałe energetycznie. Za każdym razem gdy jadę “gdzieś tam” to odczuwam albo niepokój i “nieswojość” albo, jak w tym przypadku – jestem u siebie. Rozpakowałem się, zająłem łóżko (co później również okazało się znamienne w skutki, że wybrałem akurat ten pokój z 4 pozostałych. Zrobiłem sobie ziółka do picia i czekałem na przyjazd kolejnych “Ceremonialsów” 🙂

Jestem obserwatorem, patrzę, słucham i wyciągam wnioski. Tak, czasami pochopne, ale zawsze mogę przyznać się do błędu, bo jak to powiedział pewien młody (ale bardzo mądry) uczestnik tychże warsztatów. Jesteśmy ludźmi i popełniamy błędy. Pozwól sobie na to. To jest część człowieczeństwa. Jak się później okazało – to bardzo cenna uwaga.

Przyjeżdżali kolejni i kolejni. Jedni “przypasowali” mi energetycznie, inni drażnili. Szczególnie drażniły mnie dwie “gaduły”. To co się wydarzyło wieczorem, miało być lekcją dla mnie. Bo te dwie “gaduły” wybrały ten sam pokój co ja! Teraz jednak, bardzo się z tego cieszę. Dlaczego? Bo te dwie “gaduły” to dobrzy, energetyczni ludzie, inni niż ja, ale przez tę inność ja nauczyłem się czegoś od nich. Czegoś o sobie.

Dzień 1

Nauczony doświadczeniem wcześniejszych lat z Ayą, od tygodnia przed Ceremonią, byłem na płynnej, bardzo delikatnej wegańskiej diecie (swoją drogą to całkiem fajne papu – taka papka 🙂 nie trzeba gryźć :P) Rano, w dniu Ceremonii zjadłem garść owsianki, chwila relaksu i pierwsze zajęcia przed Ceremonią – Joga Kundalini. Słyszałem, ale nie jadłem można by powiedzieć. Powiem krótko – siłownia czy inne fitnesy mogą się schować. Jogin przygotował “kriję” (nie wiem jak to się pisze) która zwaliła z nóg, ale dała uczucie szczęścia 🙂 Nadeszła godzina rozpoczęcia i zawiązania Kręgu. Już sam ten fakt okazał się energią w czystej postaci. Każdy dostał kubeczek na Ayę (bo jak nie wiesz czy coś jest do zrobienia w Twoim życiu – przyjdź po kubeczek, gdy się wahasz czy iść po kolejny kubeczek, zdecydowanie idź po kolejny kubeczek). Moje wcześniejsze doświadczenia z Ayą pozwoliły mi delikatnie zapoznać się z Duchami tej Rośliny. Wiedziałem jak to się zaczyna. Przywitała mnie bardzo łagodnie, jak długo niewidziana Siostra, Mama lub po prostu ktoś bardzo bliski. Jak zawsze odczułem, że czas to ściema. Nie można “złapać” chwili, że to już. To się dzieje poza Tobą. Jestem typem, który zdecydowanie woli stacjonarne wglądy. Nie łażę, nie kombinuję. Kładę się i wnikam w wymiary których normalnie nie widać. Aya powitała mnie kolorami, bardzo dużą wrażliwością na dźwięki. Pierwszego dnia odrobić miałem lekcję, hmmm. jakby to nazwać, tolerancji to złe słowo, bardziej przesunięcia granic własnej przestrzeni. Bycia wspólną przestrzenią i dzielenia się nią. Bo, nie mogłem w to uwierzyć, w jurcie chociaż byłem pierwszy, zajmując miejsce wydawać się mogło w cieniu – moje “gaduły” ułożyły się po obu stronach mojego koca!! Dotarło to do mnie, gdy wróciłem do jurty z poduszką, a Oni byli obok mojego miejsca. Teraz już byłem pewny, że to jest po coś. Wracając do podróży. Aya przywitała mnie łagodnie dając czas na poznanie się. Zabrała mnie tunelami do środka, tunele były oświetlone moim ukochanym chabrowym kolorem. Pastelowy chabrowy i białe światło. Pierwszy dzień był przeznaczony na pracę z własną przestrzenią. Nad dzieleniem się nią. Nad zamianą zniecierpliwienia na śmiech z tego co wyprawiam. Coś jak lekcja z zaklęciem “ridiculous” z Harrego Pottera. Przykład – “Ceremonialsi” wydają różne dźwięki, śmieją się, wzdychają, wychodzą z jurty, trzaskają drzwi. Cała masa przeszkadzajek. Gdy tylko ktoś zbyt mocno, zbyt głośno (jak na moje granice) zaczynał się zachowywać, pojawiały się dwie kobiety. W barze, w podziemiach klubu nocnego. Kobiety imprezowe, ale nie w złym znaczeniu, nie prostytutki, ot po prostu, kumpele przyszły się zabawić i napić :). Właśnie te dwie dziewczyny unosiły drinki i krzyczały, przepraszam ale to będzie cytat: “ciszej kurwaaaa!”. Pokazywały się do chwili, gdy tak mnie to rozśmieszyło, stacjonarnie zacząłem się chichrać i podczas późniejszych godzin i kolejnego dnia, może pokazały się dwa razy. Bardziej w formie – widzę, ale one nie mówią. Może chcą, ale w sumie to po co. Moje stacjonarne przeżywanie Ceremonii pewnie wiąże się z tym, że pozycje, oploty i sploty mojego ciała, kończyn, przeczą anatomii. Ale tam gdzie zaczyna się Aya, pojęcie niemożliwości, w tym przypadku anatomicznych traci sens. Wrócę na chwilę, aby zakończyć dzień 1, do “odrabiania lekcji” wyciszania. Teraz patrzę na to trochę bardziej symbolicznie, ale wtedy było to dość niezrozumiałe. W realnym życiu zdarza się dość często, że wysyłam paczki z różnymi rzeczami. Aya też “wysyłała” paczki firmą UPS 🙂 w nieznanym kierunku, do nieznanego miejsca. Ale paczki, paczki, paczki. Może to paczki z zabranym nadmiarem potrzeby własnej przestrzeni. Równowaga musi być. Tego pewnie było we mnie za dużo.

Dzień 2

Scenariusz ten sam, mała porcja owsianki na śniadanie, Kundalini (tym razem nie fizyczna, a oddechowa krija) i krąg. Ten krąg i Ceremonia zmieniła bardzo dużo. Zauważyłem jedną bardzo ważną dla mnie sprawę. Nie było wglądów głębokich, nie umierałem, nie byłem po drugiej stronie. Aya wie co jest potrzebne “tu i teraz”. Aya zabrała mnie znów bardzo łagodnie, ale już głębiej niż poprzedniego dnia. Jurta zmieniła się w coś na kształt pentagonu. Z lustrami, gdzie widziałem wszystkich z każdej strony. To był mój eksperyment, wciąż stacjonarnie, choć na siedząco. Potem jednak położyłem się aby doświadczyć przeróżnych wglądów w sprawy codzienne. Zanim jednak o tej najważniejszej sprawie, chcę podzielić się kilkoma ciekawostkami. Neurony – nie uważajcie ich za “automaty”. To świadome byty, które bardzo się oburzyły, gdy stwierdziłem, że robią wszystko według programu. Zabrały mnie do siebie, rozmawialiśmy długo. Było ich baaardzo dużo, pojawiły się trochę w postaci podobnej do Minionków. Nie były jednak tak niezdarne. Bardzo poważnie podchodziły do swojej działalności. Faktem jest, że działały bardzo powoli, gdy Aya krążyła we mnie. Wszystko zaczęło się, gdy zobaczyłem jak jeden z neuronów człapie (dosłownie) do miejsca gdzie powinna pojawić się informacja – zmień pozycję ciała. Przyczłapał i powiedział mi o tym ziewając. Tak, gdy jestem w transie, leżę bez ruchu wiele godzin. Fizyczność jednak daje o sobie znać i co jakiś czas muszę zmienić pozycję. Stąd ten neuron. Jednak pomysłowość neuronów nie zna granic. Kolejne razy, neuron przylatywał (!), żeby było szybciej jak mniemam – jako Dwoneczek z bajki Piotruś Pan, mając twarz Jagody :)))) (pozdrawiam). Machała różdżką mówiąc np. prostujemy nóżki, kładziemy się na pleckach (stosując właśnie takie zdrobnienia) i wtedy ja, jak za dotknięciem tejże czarodziejskiej różdżki wykonywałem zmianę pozycji 🙂 Była cała masa wizji, rozmów i w pewnym sensie dość nieprzyjemnych dla mnie, słów prawdy od Ducha Rośliny. Tego nie będę opisywał, bo to byłoby ciężkie i w sumie niezrozumiałe dla kogoś, kto to czyta. To osobiste, prywatne części mojego życia. Wreszcie nadeszła pora na wgląd w to co najważniejsze z tej Ceremonii. Dla tych którzy nie czytali wspomnień sprzed 3 lat, krótko napiszę – moja córka pojawiła się w ostatniej wizji, wskazując moje serce jako poszukiwane jajo Feniksa. Od tamtej pory, gdy umarłem i narodziłem się ponownie – zmienił się cały mój świat. Moja córka uratowała mnie przed ciemnością. Teraz też pojawiła się córka, sytuacje codzienne, życiowe. Najcięższe i najsmutniejsze co mogło mnie spotkać, zarazem jednak najjaśniejsze i najprostsze z rozwiązań. Stwierdzenie “za chwilę”. Aya pokazała mi wszystkie sytuacje, gdy moja córka przychodziła do mnie o coś zapytać, poprosić o pomoc w zwykłych sprawach (lekcje, chciała coś opowiedzieć o tym co się wydarzyło w szkole, o czym przeczytała w książce) po prostu – życie. Ja odpowiadałem w 99% przypadków – “za chwilę”, zajmując się innymi sprawami które wcale nie były tego warte. Widziałem znów wszystkie te razy, jak odchodzi zrezygnowana, widziałem jej smutek, widziałem je zawód. Czułem to co Ona, czułem się okropnie. Czułem się źle, czułem, że popełniłem błąd. Wiedziałem co zrobię. Aya nawet mi tego nie musiała mówić wprost. Wiedziałem, że muszę wrócić i ją przeprosić. Powiedzieć, że zrozumiałem wszystko. Że nigdy więcej nie usłyszy ode mnie stwierdzenia “za chwilę”. Nie ma za chwilę. Jest tu i teraz. Za chwilę nie istnieje. Płakałem jak bóbr (o ile bobry płaczą), podczas dzielenia się tym co przeżyliśmy, już po Ceremonii. Nie mogłem wydusić słów. Było mi paradoksalnie – źle (bo to co robiłem było nieodpowiednie) i zarazem lekko i byłem szczęśliwy, bo wiem, że to się nie powtórzy. Bo wiem co mam zrobić.

Dzień 3

Siedzę jak na szpilkach. Chcę jechać do córki 🙂 Pojechałem i wszystko się zmieniło, a na Jej biurku stoi figurka, którą otrzymałem od bardzo bliskiej mi osoby, choć poznanej parędziesiąt godzin wcześniej.

To koniec mojej podróży z Santo Daime. Koniec tej podróży, ale nie koniec drogi. Ta droga nigdy się nie skończy w tym wymiarze.

Chcę jeszcze podziękować Wszystkim za wspólne przeżywanie, za współczucie tej Ceremonii. Za wspólną przestrzeń i to, że nauczyłem się bardziej dzielić nią z innymi. To, że moje dwie “gaduły” pozwoliły mi doświadczyć tego, że mądry nie musi oznaczać stary. Jeden z moich wspaniałych współczujących (uwielbiam to słowo – ono wcale nie ma negatywnego wydźwięku – my naprawdę współczuliśmy :), jeden z nich mówił jakby czytał wcześniej napisaną książkę. Mówił pięknie, mądrze a ja zrozumiałem, co mnie drażniło na początku. Wiem, że mogę to napisać, bo jestem dumny z tego zrozumienia. Drażniło mnie to, że go nie ROZUMIEM. Stereotyp wryty głęboko w jaźń. Jak taki młodzik może być tak pięknie mądry. Może, chylę czoło. Druga “gaduła” – było Go zbyt dużo na początku. Ciągły potok słów. Zalewanie informacjami z każdej strony. Teraz rozumiem dlaczego. To jednak pozostanie moją i jego tajemnicą.

Szalonej trójce koleżanek, które zachwyciły śpiewem wprost z serca. Jagoda, Beata, Martyna. Niedoszłemu mnichowi który szuka wciąż siebie, Joginowi i Jego Żonie za pomoc, ciepło, zaproszenie i wsparcie. Gospodarzom miejsca za ciepło, miłość i zwyczajność (tak, właśnie zwyczajność jest dla mnie ważna, zwyczajność = równowaga pomiędzy “jestem a bądź”). Gospodarzowi, Jemu bardzo osobiście, za dar dla mojej córki, aby nigdy więcej nie usłyszała “za chwilę”. Psiakom, że były z nami podczas Ceremonii. Psy są psychopompos, więc ich obecność pomaga. Dziękuję Siwej (kotka) za wieczorną mysz, którą przyszła podzielić się ze mną i kolegą. Dziękuję, za wspaniałe jedzenie jednoosobowej wspaniałej firmie cateringowej w osobie Marii. Za Rapee, za śpiew Sylwii i Konrada i wszystkich nas. Nikogo nie pomijam, nawet jeśli nie napisałem o kimś. Napisałem o najmocniejszych moich wglądach.

Tu i teraz jest zawsze, “za chwilę” przestało istnieć.

Szałas Potu pod Milanówkiem 11-12 sierpnia 2018

Ostatni Szałas, ale pierwszy mój w nowiu (11-12 sierpnia). Prowadziła jak zwykle wręcz doskonale, Iza Ołdak. Niesamowite, energetyczne miejsce, gospodyni miejsca radosna i otwarta, były też dwa przyjazne psy (choć wygląd na to nie wskazywał). Budowa Szałasu, jak to budowa. Budowanie Szałasu to nie tylko wznoszenie kopuły. To przede wszystkim budowanie wspólnoty. Każdy brał się za to co było pod ręką. Sprawnie poszło i pięknie wyszło. Szałas prezentował się niczym doskonałe SPA 🙂 (tak, teraz gdy czytam tekst przed publikacją, uświadomiłem sobie, że nie zrobiłem zdjęcia Szałasu po ukończeniu 🙂 Ale mam go w pamięci. Był wspaniały.

Ogień i „zapalacze” polubili się od pierwszej iskry. Ognisko płonęło jak zaczarowane. Wspaniała pogoda, ciepło i bez deszczu. Szamani to jednak potrafią żyć w zgodzie z Duchami i uzgodnić pewne sprawy wcześniej. Tu, muszę wtrącić jednak sytuację po słowach Izy – wchodzimy do Szałasu. W tym momencie zaczęły trzaskać pioruny, niebo jaśniało rozbłyskami, LAŁO! Przez 5 minut :))) Ceremonię okadzania zrobiliśmy w domu, gdy już wszyscy byli w Szałasie deszcz ustał, przesunął się gdzieś obok razem z burzą. Po moim ostatnim Szałasie, w Zajęczym Jarze, gdzie wchodziłem z intencją „nieoszukiwania siebie”, tu, pojawiła się intencja „uważność wobec siebie”.  Trafiona, wspaniała intencja. Kolejne bramy przebiegały jakbyśmy dopiero przed chwilą weszli. Mnie najmocniej dotknęła brama 3. Dojrzałość. Pojawiła się niesamowita wizja (oczywiście mój obrazek nie oddaje jej w żadnej skali).

 

Ale potęga i czystość emocji które się pojawiły i to, że nie pamiętam tego co się działo w Szałasie, spowodowały ogromną ulgę po „przebudzeniu” Lewitowałem nad/przy ogromnym (100-200 metrowym) wodospadem. Wodospad zaczynał się lać czarną mazią (smołą) wymieszaną z wodą. Im niżej, tym bardziej smoło zostawała oddzielana od wody. Woda stawała się czystsza, biała, jak bałwany wodne w górskich potokach. Mniej więcej w połowie woda oddzieliła się od wodospadu i smoły i uderzyła (ale nie boleśnie) we mnie. W klatkę piersiową, w splot słoneczny. Do doświadczenie trwało chwilę, ale ono także wybudziło mnie z wizji. Brama czwarta – bo był już wręcz fizyczny ból. Na poziomie ciała, byłem wykończony, słaby ale i bardzo lekki. Wyjście z Szałasu było bardzo oczyszczające. Czyste niebo nad nami, spadające meteoryty (jakieś roje przechodziły wtedy nad Polską). Potrzebowałem być tylko ze sobą. Otulony w koc doświadczałem drugiej, czwartej bramy już poza szałasem. Śmierć w spokoju i lekkości.

 

Muszę także napisać o Izie w innej kwestii. Ona naprawdę ma ogromną moc. Mnie, „zmusić” do rysowania czegokolwiek??? To udawało się tylko nauczycielom w szkole podstawowej na zajęciach z plastyki. Izo!!!! Czuj się więc Nauczycielem 🙂

 

Namaste!

 

Sweat Lodge w Zajęczym Jarze

Właśnie wróciłem z pełniowego Szałasu w Zajęczym Zarze, niedaleko Cieszyna. Miejsce dobre, z dobrą energią. Początek był jednak dość energetycznie wyczerpujący. Z mojego powodu. Pojechałem tam z intencją zwolnienia wewnętrznego, pozbycia się wymówek, że czegoś tam nie zrobię, bo mam inne ważniejsze sprawy. Lekki chaos, bo kogo jak kogo, ale siebie nie da się oszukać. To było czyste lenistwo, wygodnictwo i delikatne zejście z obranej ścieżki. Na miejscu chaos organizacyjny, brak zdecydowania w działaniu i lekkość w trwaniu, że jakoś to będzie spowodowała u mnie wewnętrzny bunt (największy, gdy okazało się, że nie ma kamieni (!). Podjąłem jednak to wyzwanie, bo przecież spotkało mnie dokładnie to samo, z czym przyjechałem się zmierzyć. Jak się okazało, wszystko dało się spiąć ze sobą. Były i kamienie (po które pojechaliśmy 40 km) i ogień zapalił się pięknie, i szałas wyszedł jak od linijki (świetny patent na zimowe szałasy, to ławeczki z drewna w środku). Moja intencja (nauczony doświadczeniami z Ayahuaską) była prosta. Więcej czasu na myślenie, uważność na to co robię, więcej czasu na bycie ze sobą. Podczas pierwszej bramy powietrznej, gdy się „rodzimy” skojarzyło mi się to z tęsknotą, za powrotem ze szkoły, rzuceniem tornistra w kąt i biegusiem na trzepak :))) Pod koniec pierwszej bramy, pojawiła się panika i wewnętrzny chaos. Wirówka myśli i poczucie, że powinienem na tym zakończyć swój Szałas. Późniejsze energetyczne etapy mogą zbyt mocno podziałać, a ja przecież potrzebuję spokoju. Tak zrobiłem. Podczas wnoszenia kamieni na drugą bramę wyszedłem z Szałasu, złożyłem dary dla Ognia i zakończyłem ceremonię. To pierwszy raz, gdy wyszedłem tak szybko. Zasnąłem, choć nie do końca głębokim snem. Wizja która mnie mocno zdziwiła. Chodziłem ulicami, ludzie, jak to na ulicach. Ich ciała były normalne, cielesne. Twarze były namalowane na płótnach, deskach, ciężko powiedzieć. Wszystkie były czarnobiałe, bez wyrazu. Nie dało się odczytać żadnych emocji. Były puste, choć żywe. Przemieszczały się z ciałami, ale same twarze pozostawały nieruchome. Żadnych ruchów ust, brwi, policzków. Kolejna sprawa, to to, że bez względu na odległość z której patrzyłem na te twarze, wciąż wyglądały tak samo. Jakby miały nieskończoną rozdzielczość. Próbowałem się przypatrywać tym twarzom z bardzo bliska, ale wciąż widziałem je tak samo, choć ciała to się oddalały to zbliżały. Dzisiaj, po porannym kręgu i pożegnaniu rozjechaliśmy się w swoje strony.

20171203_11200520171203_112008 20171203_111952 20171203_112011

Uzupełnię jeszcze o jedną rzecz. Podczas pożegnalnego kręgu wyciągaliśmy z rozłożonej talii karty. Niesamowite było to, że 100% z nas wyciągnęło karty ze swoimi intencjami. Nie, to nie jest naciąganie faktów ani naciąganie interpretacji. Byłem i widziałem. Bo jak nazwać inaczej intencję zakończenia konkretnego etapu w życiu (intencja z wczoraj) a wyciągnięta karta dziś rano to „Nowy rozdział/nowy etap”. U mnie „Szczerość”. Co idealnie pasuje do tego, gdy próbowałem być nieszczery sam ze sobą.

 

20171203_105715

Szałas Potu

W ostatni weekend (5-7 maja 2017) byłem na ceremonii Sweat Lodge. Początek jak zwykle, przyjazd, przygotowanie Szałasu, drewno itd. Skupię się na samej ceremonii. Stworzyliśmy pierwszy krąg, przed wejściem do Szałasu, w pięknej jurcie. Mówiliśmy o intencjach, z czym wchodzimy do Szałasu. Rozpalenie ogniska było wyzwaniem. Pogoda nie rozpieszczała. Co chwilę pojawiał się deszcz. Udało się jednak i wkrótce płonęło ognisko z kamieniami w środku. Gdy nadszedł ten właściwy moment weszliśmy. Prowadząca, otwierając każdą z kolejnych bram, tym co mówiła nadawała rytm naszym słowom i myślom. Płynęliśmy przez kolejne etapy życia i żywiołów z tym związanych. Brama ognia, jak zawsze była dość ciężka. Żar od kamieni, wilgoć od wody którą polewała kamienie dawały o sobie znać. Dla mnie jednak najważniejszą częścią była brama wody. To trzecia runda, gdy już po trzecim dołożeniu kamieni zrobiło się naprawdę gorąco. Pojawiła się wtedy wizja z elementami szkła. Widziałem siebie, najpierw całego w czerni. Jakby z węgla. Woda zaczęła wlewać się od głowy, wypychając tę czerń ze mnie w stronę stóp. Woda wypełniła mnie w całości, tworząc tylko otoczkę ze szkła. Byłem przezroczysty. Wypełniony wodą. Podczas każdej z bram, na prośbę mojego przyjaciela, tworzyłem wizualizację jego osoby, w otoczeniu gwiazdy, drzewa, zwierzęcia mocy, słońca i księżyca. I oczywiście jego samego z bębnem. Także podczas bramy wody, jego bęben zmienił się w szkło. Reszta elementów wizualizacji była ze światła. Mocnego jak słońce, ale nie rażącego. Przywołałem także, podczas pierwszej bramy moje zwierzęta mocy. Feniksa i Żółwia. Sam Szałas, jako całość był jednak bardzo spokojny. Spokojny oddech, synchronizacja ducha z ciałem. Po wyjściu z Szałasu jak zwykle, były dary dla ognia i koniec ceremonii. Ciekawe rzeczy działy się podczas snu. Spałem jak niemowlę. Sny, nie są opisywalne, pojedyncze obrazy, przedmioty, miejsca. Jednak to na co zwróciłem uwagę to to, że były absolutnie ostre. W sensie wyraźnego obrazu. Jak na nowoczesnym telewizorze 4k 🙂 I paleta barw. Idealna, głęboka, soczysta. Niesamowita i piękna.

Kambo po raz drugi, po raz trzeci i czwarty – sprzedane!

Ostatni weekend spędziłem w znanym już miejscu, w Tylicach, gdzie odbywają się m.in. Kręgi Kambo. Miejsce i ludzi już opisywałem. Przyszedł czas, aby opisać zakończenie pierwszego cyklu Kambo dla mnie.
Przyjechałem, jak zwykle, w piątek. Trochę gonitwy w życiu miejskim opóźniło wyjazd i na miejsce dotarłem dość późno. Delikatne uspokojenie myśli i ciała z bębnem przyniosło efekty. Potem już tylko oczekiwanie na swoją kolej. Wszedłem bez absolutnie żadnych wątpliwości. Wiedziałem, co mnie czeka, jakie reakcje organizmu się pojawią. Jak zwykle – Szamani otoczyli miejsce taką energią, że poczucie bezpieczeństwa eksplodowało i wypełniło pomieszczenie. Zaczęło się. Przyjąłem 7 dawek (raczej – zostały mi podane).
Teraz oprę się tylko na relacji Szamanów. Odcięło mnie totalnie. Nie wiem na ile, bo tam nikt czasu nie liczy. Były podejmowane próby (skuteczne, skoro o tym piszę) sprowadzenia mnie na ten świat. Dłuższą chwilę to jednak trwało. Ja zapamiętałem głos jednego z Szamanów, który – jak przez mgłę – wołał mnie po imieniu: „…wracaj… czekamy tu na Ciebie…”
Po Ceremonii dość szybko (mimo późnej pory) doszedłem do siebie. Chwila rozmów i spać. Rano kolejne Kambo.
Sobota.
Byłem pierwszy. Proces bardziej świadomy niż w piątek. Niemniej jednak ciężki i wyczerpujący. Pod koniec zrobiło mi się bardzo zimno. Targały mną torsje, skurcze całego ciała. Po wszystkim bardzo długo nie mogłem się pozbierać. Leżałem w sali z kominkiem i przez około godzinę trząsłem się z zimna. Podobnie jak w piątek – podali mi 7 dawek.
Wieczorem – bardzo wymagający Szałas Potu. Wypalający mnie, zgodnie z moją intencją. Wspaniałe przeżycie.
Niedziela.
Ostatnie Kambo w tym cyklu księżyca. Znów pierwszy. Stała się rzecz niesamowita. Dostałem tym razem 9 dawek. Cały proces był świadomy. Pamiętam każdą sekundę tego, co się działo. Fizycznie bardzo mocno to odczułem. Proces (choć to bez znaczenia dla całości) zakończył się punktualnie o 10 rano; gdy się podnosiłem – zaczęły bić dzwony w pobliskim kościele. Największym zaskoczeniem jednak był fakt, że nie musiałem w żaden sposób dochodzić do siebie. Po prostu czułem się tak, jakbym wstał od śniadania. Pełen energii i radości. Mając w pamięci dwa poprzednie dni, to było absolutnie nieprawdopodobne uczucie: pełna jasność umysłu i moc fizyczna zdolna przenosić góry.
Możliwości lecznicze Kambo są dla mnie zagadką i wspaniałością zarazem.
Celowo nie opisuję ze szczegółami samego przebiegu Ceremonii, bo opisy są dość mało apetyczne. Wprawdzie na youtube są filmy z przebiegu Kambo, ale ja nigdy bym się nie zgodził na to, by mnie filmowano w tak niekomfortowej sytuacji.
Podsumowując – jeśli byłeś/byłaś kiedyś na imprezie z alkoholem, Twój rekord to dwa kieliszki po 25 ml, a tu to jest tak, jakbyś wlał w siebie o 4 litry wódki za dużo 🙂 i nie masz kaca, a po parunastu minutach jest się silniejszym od siebie samego.