Codziennie odkrywam nową twarz ludzi.

To niesamowite, jak ludzie potrafią zaskakiwać. Jak znając wyłącznie jedną, kłamliwą wersję sprawy, obwiniają wszystkich dookoła za własne błędy, zaniedbania i stan umysłu. Jak potrafią zafiksować się na jednej tezie bez wysłuchania kogoś, kto ma coś do powiedzenia. Nie oceniam ich. Właściwie to nawet wspieram ich w dążeniu do wyjścia z cienia. Wysyłam im wszystkim słowo Namaste. Wsparcie i siłę mentalną, żeby mogli ogarnąć życie, otrzepać kurz i spojrzeć na swój świat, ten najbliższy, który być może od długiego czasu woła – zauważ mnie. Bądźcie jak kiedyś, bo Wasz świat najbliższy czuje się samotny. Odrzucony. Weźcie się w garść i dostrzeżcie powód dlaczego Wasz najbliższy świat krzyczy w rozpaczy i nie umie dotrzeć do sedna sprawy. Nie rozumie dlaczego staliście się inni. Dlaczego nie chcecie dać sobie pomóc mimo wyciąganej ręki. Rozmowa z kimś z zewnątrz nie jest czymś złym.

No i ta druga strona mojego doświadczenia. Wsparcie od ludzi, którzy niby są daleko, niby są obcy. Ludzie którzy są po prostu dobrzy i dzielą się tym co jest dobre. Są bezinteresowni i mają jasne intencje. Są prawdziwi. Ale już niedługo wszystko się zmieni. Własne podwórko zawsze jest najbrudniejsze i trzeba to pozamiatać, zanim się wyjdzie 🙂

Operacje mózgów i hackowanie parkometru :)

Przedziwny sen. Miasto nieznane, ludzie nieznani. Jednak parkomaty stojące przy ulicy znane. Miałem za zadanie niepostrzeżenie zhackować taki parkometr, bo tuż obok na chodniku trwała operacja dwojga ludzi. Operowali im mózgi. Mieli odcięte całkowicie górne części czaszek. Mniej więcej od połowy czoła. Wszystko było widoczne. Widziałem algorytmy (w swoim umyśle) jak działa parkometr, jak go włączyć w tryb serwisowy. Po prostu. Jednak co jakiś czas musiałem przerywać swoje czynności, bo podchodzili ludzie po bilety. Za każdym razem było trudniej, bo parkometr jakby uczył się bronić przed moją ingerencją. Jednak udało się, uruchomiłem go w trybie serwisowym, który był potrzebny do:

  1. Pobrania darmowego biletu (!!!!)
  2. Wyjąłem kabelki z niego i podałem lekarzom, którzy dzięki nim przeprowadzili do końca operację mózgów pacjentów. Operacje się udały. Te parkometry miały jakieś ukryte oprogramowanie które przesłane do mózgów uratowało tych ludzi.

Ciężki sen pod względem trudności hackowania parkometru :), jednak bardzo przyjemny i radosny, bo pomogłem uratować pacjentów i naprawić ich mózgi.

Żeby winda była windą :).

Winda. Ciekawa sytuacja, ciekawy sen. Dawno nie było już windy. W tym wydaniu nie było chyba nigdy. Jestem na 10 piętrze w budynku mieszkalnym (znam ten budynek z poprzednich snów). Pełno ludzi, duży hol dla oczekujących na windy. Wind było kilka. Część ludzi wsiadło do pierwszej która przyjechała. Dla nas zabrakło miejsca. Czekamy na inną, większą TURBO windę. Tak była określana. Przyjechała. Bardzo duża w środku, z miejscami siedzącymi. Jasna i przyjazna, choć były pasy bezpieczeństwa (uchyty). Winda ta poruszała się z zawrotną prędkością również na boki, przemieszczając się między budynkami. Po raz pierwszy nie było świadomego snu (winda jako miejsce zawsze dawała mi znać, że to sen). Ale nie było też tego czego zawsze się bałem. Winda okazała się po prostu środkiem transportu. Nie była zła, nie była ciasna, nie była rozpadającym się miejscem. Po prostu spełniła swoją rolę zwożąc pasażerów do wybranego przez nich miejsca i wyjścia z budynku. 🙂

Brazylia, Aya i wycieczka

Byłem w jakimś lesie. Ośrodek wypoczynkowy. Znany mi z jakiegoś poprzedniego snu. Dostałem informację, że jadę na wycieczkę do Brazylii. Ucieszyłem się, jednocześnie zmartwiłem – bo to bardzo daleko. Pierwsza myśl – znaleźć kogoś, kto mnie zabierze na Ayahuaskę. Tam na miejscu. Miałem lecieć na 7 lub 10 dni, ale upierałem się, że przynajmniej dwa dni (dwie Ceremonie) chcę spędzić na spotkaniu z Rośliną. To był priorytet.

Powódź i topielec

Znów śniła mi się powódź (jak w czerwcu 1997 roku). Tym razem to była inna powódź. Rzeki płynęły pod prąd. Stałem na moście i widziałem wzbierającą rzekę. Odchodząc w innym kierunku zauważyłem ciało płynące tuż pod powierzchnią. Twarzą zwrócone ku górze. Nie było to przyjemne uczucie. Chciałem się oddalić, ale coś kazało mi stanąć znów na moście i patrzeć na tę martwą twarz. Później policja, podejrzenia, że to moja wina. To miało mniejsze znaczenie, bo to raczej część snu, aby zamknąć fabułę według mojego umysłu. Nic mi nie grodziło, sytuacja się wyjaśniła i nie zostałem zatrzymany. Jednak dziwne uczucie po przebudzeniu pozostało.

Czas przyhamować…

Bardzo dziwny i ciekawy sen. Jechałem autem, chyba gdzieś się spieszyłem, może uciekałem. Ale raczej spieszyłem. Chciałem dogonić innego kierowcę, żeby pokazać mu, że jestem szybszy(!). Chciałem pojechać na skróty, przez dróżkę (wszystko działo się na dzielnicy budynków z tzw. wielkiej płyty). Trwały prace (ale to chyba był weekend, bo nie było robotników) nad odbudową drogi wewnętrznej. Chciałem pojechać na skróty i wjechałem z uliczkę która była remontowana. Zahamowałem, ale zatrzymałem się tuż przez ogromną łyżką koparki (wjechałem jakby pod maszynę i pod łyżkę, w sposób taki, że mogłem wjechać do tej ogromnej łyżki). Wjechałem i nie mogłem cofnąć, bo maszyna się przesunęła i uwięziła w środku. Próbowałem rozhuśtać maszynę i łyżkę, aby się trochę uniosła (częściowo mi się udało) i chciałem przejechać tuż pod uniesioną łyżką. No i znów – częściowo się udało. Pokiereszowałem dach i bok auta. Nie byłem zdenerwowany, jednak zakląłem siarczyście gdy wyszedłem z auta i zobaczyłem co się wydarzyło. We śnie, zareagowałem podobnie jak w życiu – auto to tylko przedmiot i da się naprawić. Jednak dotarło do mnie, że ubezpieczenie tego nie pokryje, bo to była moja wina. Machnąłem ręką, choć czułem do siebie pretensje i niesmak, że tak głupio się zachowałem.

Sen od paru chwil stał się dla mnie jasny i klarowny. To przekaz bardzo osobisty, ale bardzo mądry. Najogólniej mówiąc – zbytnia pewność siebie może przynieść niepożądane efekty. Wyhamowuję 🙂

Czanga – nowy środek przemieszczania się :)

Byłem niedawno znów daleko poza tym krajem, żeby, zupełnie “przypadkowo” odkryć mieszankę o nazwie Czanga. Słyszałem już wcześniej tę nazwę, ale jakoś nie było okazji. Wyjazd był zdecydowanie nastawiony na grzybobranie w dzikich ostępach lasów niderlandów. Któregoś wieczoru, gdy już powoli lądowaliśmy, Sven (Swen, Sveen – nie mam pojęcia jak to się pisze) zapytał, czy ktoś dołączy do niego i Czangi. Zdecydowałem się i to był strzał w 10. Niezwykła mieszania roślin, która w działaniu i oprawie jest łudząco podobna do Ayahuaski. Działa jednak natychmiast, ale za to zdecydowanie krócej. Ten wyjazd łączy się z moim dzisiejszym snem, stąd to chyba pierwszy wpis równocześnie jako sen i własne doświadczenia. Bo sen dział się w tamtym właśnie ośrodku w Holandii, jednak ludzie we śnie nie byli tymi których tam rzeczywiście spotkałem. Co ciekawe, podczas poznawania Czangi towarzyszyli mi ludzie, z którymi uczestniczę w Ceremoniach Ayahuaski (jedynie więc kraj się zgadza). Ciekawym elementem był fakt, że każdy palił Czangę na swój sposób, a ja przechadzałem się wśród tych ludzi i zapoznawałem się z ich sposobem. Za każdym razem więc Czanga działała na mnie inaczej, dając możliwość podróżowania razem z tym, od którego się uczyłem. Nieprawdopodobne rzeczy działy się w tym śnie. Czułem się jedością z każdym z nich, a jednocześnie byłem sam dla siebie przewodnikiem 🙂

Mąż olbrzym, tenis i Jarosław Kaczyński

Bardzo dziwny sen. Pojechałem do mieszkania kobiety. Nie wiem czy znam ją z realnego życia. Pokazywała mi jak mieszkają z mężem. Mąż miał wrócić później. Piękne, ogromne mieszkanie. W starym stylu, ale bardzo gustownie urządzone. Dużo drewna, pięknych mebli, jednak dość ciemne. W żadnym pomieszczeniu nie było sztucznego światła. W końcu wrócił mąż. Olbrzym! Wyglądał jak górski troll. Ale był człowiekiem. W sumie chyba przyjaznym. Przywitał się, powiedział, że za chwilę wróci. Potem mi się przyglądał, biorąc w dwa palce obracał i patrzył. Później, gdy już wyszedłem od nich, przechodziłem obok kortu tenisowego. Ogrodzony siatką. Wszedłem na jego teren. Sporo ludzi. Sytuacja podobna do snu o brazylijskim więzieniu, tyle, że teraz rzucali we mnie piłeczkami tenisowymi. Nie było to zbyt przyjemne, musiałem wciąż robić uniki, żeby nie zostać uderzonym. Poszedłem w kierunku starej szopy/stodoły. Gdy znalazłem się za rogiem, usłyszałem, że na kort wszedł Jarosław Kaczyński (!!!! hahaha). Szukał mnie, mówił, że jestem dobrym towarzyszem (!!!), dobrym człowiekiem i można na mnie polegać w każdej sprawie. Jestem bezinteresowny i lojalny. Znam się na wszystkim. Ktoś z kortu powiedział, że mnie nie ma. Poszedłem w stronę stodoły. Tam spotkałem podekscytowanych ludzi, którzy znaleźli jakiś pojazd zakopany pod stodołą. Entuzjazm był tej wielkości, jakby odkryli, że w 18 wieku ktoś miał ferrari. W całym śnie, wszędzie panował półmrok. Czas zdarzeń powiedzmy godzina 22 w lecie. Jeszcze nie ciemno, ale już tuż przed i chwilę po zachodzie słońca.

Zimny dom i poszukiwanie opału.

Byłem z grupą ludzi w domu. Starym, jakby opuszczonym. Piękny, drewniany, jakby pałac. Ogromna sala kominkowa, ogromne sypialnie, półpiętra. Wszystko jakby zatrzymane w czasie, zakurzone ale nie zniszczone. W tym domu miała być jakaś Ceremonia. Prowadzącą była Aldona, którą znam z realnego świata. Jednak nie mogliśmy znaleźć nigdzie drewna do kominka. Chodziłem i szukałem. Inni też. W pewnym momencie ktoś podpowiedział, że z domu obok ktoś się wyprowadził i można drewno przenieść z tamtego miejsca. Ucieszyliśmy się, bo było dość chłodno. Gdzieś pomiędzy oglądaniem domu i poszukiwaniem drewna byłą obok mnie jakaś kobieta. Wydawało mi się (i we śnie i po przebudzeniu), że znam ją. Zawsze byliśmy tylko kumplami, nikomu nie przeszło nawet przez myśl, że moglibyśmy być razem. Jednak podczas tych przygotowań do Ceremonii, podczas poszukiwań byliśmy praktycznie cały czas razem. Ustalaliśmy gdzie szukamy, razem sprawdzaliśmy cały dom odkrywając kolejne pokoje. Było nam dobrze. Zaskoczeniem dla mnie było to, gdy ona mnie pocałowała. Chwyciła za rękę, przytuliła się do mnie. Dla niej też to mimo wszystko było zaskoczenie. Poczułem się wdzięczny, potrzebny i ważny a jednocześnie było w tym coś tak oczywistego. Tak prostego w swojej zawiłości. Dojrzała miłość która po prostu jest. Spokój, siła i miłość. Zaczyna się to dziwnie układać w wizję z przedostatniej Ceremonii. Czyżby teraz miała pojawić się cierpliwość, jako ostatnia z wylosowanych “bramek” teleturnieju Ayi?