Ostatnia Aya?

Od wydarzeń przedostatniej Ceremonii upłynęło sporo czasu. Odkryłem wtedy, że już nie boję się niczego. Aya nie jest powodem do lęku. Wprost przeciwnie. I stało się coś dziwnego. Minął rok. W tym czasie, właściwie tuż po Ceremonii byłem pełen zapału. Już chciałem kolejną. Wypiję cały kubeczek, od razu! Ciach..

I tak przez rok NIC. Brak możliwości wyjazdu, brak organizatora i miejsca. Aya jednak wiedziała co robi. Przy okazji, lub celowo 🙂 poznałem się z Panią Cza. Wyjazd do kraju, że jest to zupełnie normalne i nikt się nie przyczepia do dorosłego człowieka o to co przyjmuje – to na szczęście nie problem. Wsiadałem w auto i po kilku godzinach mogłem cieszyć się swobodą i wolnością jako człowiek. Cieszyć się towarzystwem innych wolnych ludzi. No i cieszyć się spotkaniem z Panią Cza. Ale Pani Cza to inna historia. Skupię się na ostatniej Ayahuasce. Poznałem nowych ludzi i nowe miejsce, dość daleko od mojego kraju, no ale skoro przyszło mi żyć w czasach gdzie to inni mówią, czy mogę pić alkohol i on jest ok, czy palić Czangę czyli pić Ayahuaskę, ale to już nie jest ok. 

Te wspomnienia będą chyba najkrótsze i najbardziej zwięzłe w mojej 9 letniej historii i doświadczeniach z Ayahuaską. 

Dzień pierwszy – spokój, spokój, spokój. Już od jakiegoś czasu przyzwyczaiłem się, że wizyjność moich Ceremonii zredukowała się do absolutnego minimum (pomijając Ayę przedostatnią, ale to miało swój głęboki sens). Łącznie sześć porcji, gdzie normalnie (dla mnie) to dwie porcje zabierały mnie w nieznane rejony innych wymiarów. Tak, dzień pierwszy tak był – po prostu wiedziałem, że Aya jest. Czułem jej obecność, czułem jej wielki wpływ na to co czuję 🙂 I to był dzień emocji. 

Dzień drugi – już właściwie druga porcja zabrała mnie daleko. Ale zabrała mnie jako obserwatora. Było ze mną zdanie dziewczyny, która śpiewa podczas Ceremonii. Zdanie z pieśni którą, jak się okazało, napisała ona właśnie. Zdanie brzmiało tak:

NIE ZACZEPIAJ MYŚLI

To zdanie okazało się przewodnikiem, okazało się trzonem i drogą którą szedłem. Byłem obok swych myśli. Byłem obserwatorem. Były wizje, ale jakbym stał za szybą. One nie były już w żaden sposób dla mnie czymś, czego pragnę. W pewnym momencie wróciło moje Ego. Wróciło tylko mentalnie, bo ONO jest wciąż w podróży z moim ukochanym Feniksem. Wróciło odmienione. Nie było złych emocji, nie było złośliwości, dogadywania. Czułem, że Ego nie potrafi już tego robić. Czułem nawet, że przez moment chciało. Ale odpuściło. Wtedy, gdy stałem nad rzeką kolorów i dźwięków. Nad rzeką moich myśli i emocji które płynęły z prawej do lewej strony – nastąpiła eksplozja w mojej głowie, gdy powiedziałem do Ego – kocham Cię Stary. Jesteśmy jednością, jesteśmy tym samym. Funkcjonujemy w jednym wymiarze tu fizycznie, funkcjonujemy w wielu wymiarach energetycznych. Bądźmy dla siebie najważniejsi.

Ta eksplozja w głowie wybudziła mnie z transu. Ja już wiedziałem. Stała się rzecz ostateczna, przynajmniej na ten moment. Jestem WOLNY! Jestem spokojem i miłością. Nie mam za sobą już nic, co mnie obciąża. Nie mam nic co blokuje mój marsz. Marsz do przodu. To marsz jest celem. Wędrówka i poznawanie własnej drogi. 

Tematy poboczne były częścią artystyczną, że tak napiszę, całości. Było kolorowo, było spokojnie i bardzo bardzo łagodnie.

Po raz pierwszy od 9 lat nie czekam na kolejną Ceremonię. Po raz pierwszy pomyślałem sobie – hmmm… co dalej? Jestem w zupełnie nowym stanie. Totalnie czysty. Przeźroczysty. Nowy w każdej formie. Nie czekam na Ayę. Ale nie smuci mnie to. Trochę, przyznam się do tego, to zaskakujące uczucie. Przecież zawsze po, była Aya znów. Po raz pierwszy czuję, że nic mnie nie woła jako energii. Może przyjdzie chwila, że pomogę komuś innemu? Może to czas na… no właśnie, czas na wypełnienie pustki sobą i wypełnienie siebie pustką. Ale nie pustką samotności i beznadziei. Pustką siebie, ponieważ ja jestem pełny. Nie umiem tego inaczej opisać. Pierwszy raz w życiu fizycznie i świadomie czuję się wszystkim i czuję, że wszystko jest we mnie i mną. Tego nie da się opowiedzieć. To jest jedyne w swoim rodzaju. Jedyne i niepowtarzalne dla każdego z nas. Każdy czuje to inaczej. Po raz pierwszy mogę powiedzieć JA JESTEM.

Ale, jak się okazało, to doprowadziło mnie krok dalej. Pogodziłem się, wybaczyłem i uznałem – strach fizyczny, strach przed bólem. Rozpocząłem praktykę stania na gwoździach. Dzięki Justynie, która wprowadziła mnie, była przy mnie, była przewodnikiem w emocjach, w wizjach które już bez Ayi, pojawiały się w mojej głowie. Chwila gdy stawiasz stopy na gwoździach, chwila która wydaje się wiecznością, gdy przygotowujesz się aby wstać z krzesła. I ten moment gdy już stoisz. Deseczki Ognia dają o sobie znać. Twój umysł krzyczy, umiera – Justyna jest obok, prowadzi, mówi. Zaufałem Jej, zaufałem sobie. Zaufałem temu doświadczeniu. Mój strach, fizyczny wręcz ból (ale nie chodziło o stopy i gwoździe). Ból Ducha, ból każdej Molekuły ciała i umysłu przerodził się w SIŁĘ. Siłę i pragnienie, żeby wstać ponownie. Siłę tak wielką, że ból fizyczny stał się cieniem. Stał się Ogniem który grzał zamiast parzyć. Siłę tak wielką, aby trzeci raz, już na pożegnanie WSTAĆ i dać sobie chwilę na przyjęcie Strachu, ale już jako sprzymierzeńca. Jako Energii, wręcz realnego Bytu, który jest po to, żeby nas strzec, żeby nas bronić i być naszym Orężem. Nie przeciwnikiem i ciemną pieczarą. To część nas która troszczy się o nas. Jestem wdzięczny! Czekam na kolejną sesję. Kocham siebie. Bo

JA JESTEM!

Szalona podróż po rwącej rzece (Amazonka?)

Od dłuższego czasu sny były nieopisywalne. Znam ten stan, bo czasami się zdarza. Strzępy, kadry, pojedyncze słowa. Pojawił się sen, poprzedzony inny, noc wcześniej. Otóż… do mojego mieszkania, w nocy, ktoś próbował się włamać. Drzwi wejściowe do domu mam na odcisk palca i kod cyfrowy. Słychać od środka, gdy ktoś “się loguje”. We śnie było tak samo. Słyszę, że ktoś próbuje wpisać kod, błąd… błąd… Obudziłem się (we śnie) i pobiegłem do drzwi. Już słyszałem, że delikwent zbiega ze schodów w panice, że został zdemaskowany. Tym delikwentem okazał się nieżyjący już Leon Niemczyk, choć, gdy otworzyłem drzwi i krzyczałem do niego, używałem imienia znanego aktora amerykańskiego (nie umiem sobie przypomnieć kogo). Zwyzywałem go, wyklinałem. Obrażałem. Ojjjj.. byłem bardzo niemiły. Wróciłem spać we śnie, później obudziłem się już w realnym świecie. Sen drugi opowiadał o nieplanowanej podróży dziwnym statkiem wodnym. Wyglądało to jak ogromna barka, prawie płaska na pokładzie. Dość cienka. Zachowywało się to jak kawałek styropianu rzuconego na wodę. Jednak nie było w tym nic z niebezpieczeństwa. Woda wzburzona, jakby stan był o wiele wyższy (pora deszczowa??). Brunatna, dookoła wiry i fale. Trzęsło, szarpało, lało jak z cebra. Byłem mokry, było mi dość chłodno, ale nie było to nieprzyjemne. Czułem dotyk wody z rzeki, czułem deszcz na skórze. Bardzo realistyczne doznania. Było dość szaro wszędzie. Dość sporo osób na pokładzie. Braliśmy ostre zakręty, czasami o 180 stopni zwrot w korycie rzeki. Płynęliśmy tak dość długo. Rozmawiałem z towarzyszącymi mi ludźmi. Było energetycznie, z adrenaliną, ale to nie była walka o życie. Było naprawdę ciekawie. Dopłynęliśmy do jakiegoś brzegu/pseudo portu. Pod wielkim, ogrooomnym drzewem. Konary tworzyły dach, jakby wiatę. Liście zielone, gałęzie w ilościach niespotykanych. Niesamowity widok. Okazało się, że moja podróż w tym miejscu dobiegła końca. Musiałem opuścić barkę i musiałem wracać do domu. Jednak powrót był mega zaskakujący. Wracałem statkiem kosmicznym!!! Przewspaniały sen!

Codziennie odkrywam nową twarz ludzi.

To niesamowite, jak ludzie potrafią zaskakiwać. Jak znając wyłącznie jedną, kłamliwą wersję sprawy, obwiniają wszystkich dookoła za własne błędy, zaniedbania i stan umysłu. Jak potrafią zafiksować się na jednej tezie bez wysłuchania kogoś, kto ma coś do powiedzenia. Nie oceniam ich. Właściwie to nawet wspieram ich w dążeniu do wyjścia z cienia. Wysyłam im wszystkim słowo Namaste. Wsparcie i siłę mentalną, żeby mogli ogarnąć życie, otrzepać kurz i spojrzeć na swój świat, ten najbliższy, który być może od długiego czasu woła – zauważ mnie. Bądźcie jak kiedyś, bo Wasz świat najbliższy czuje się samotny. Odrzucony. Weźcie się w garść i dostrzeżcie powód dlaczego Wasz najbliższy świat krzyczy w rozpaczy i nie umie dotrzeć do sedna sprawy. Nie rozumie dlaczego staliście się inni. Dlaczego nie chcecie dać sobie pomóc mimo wyciąganej ręki. Rozmowa z kimś z zewnątrz nie jest czymś złym.

No i ta druga strona mojego doświadczenia. Wsparcie od ludzi, którzy niby są daleko, niby są obcy. Ludzie którzy są po prostu dobrzy i dzielą się tym co jest dobre. Są bezinteresowni i mają jasne intencje. Są prawdziwi. Ale już niedługo wszystko się zmieni. Własne podwórko zawsze jest najbrudniejsze i trzeba to pozamiatać, zanim się wyjdzie 🙂

Brazylia, Aya i wycieczka

Byłem w jakimś lesie. Ośrodek wypoczynkowy. Znany mi z jakiegoś poprzedniego snu. Dostałem informację, że jadę na wycieczkę do Brazylii. Ucieszyłem się, jednocześnie zmartwiłem – bo to bardzo daleko. Pierwsza myśl – znaleźć kogoś, kto mnie zabierze na Ayahuaskę. Tam na miejscu. Miałem lecieć na 7 lub 10 dni, ale upierałem się, że przynajmniej dwa dni (dwie Ceremonie) chcę spędzić na spotkaniu z Rośliną. To był priorytet.

Jestem bo chcę. Aya bez strachu.

Pojechałem tysiące kilometrów, aby zmierzyć się, spojrzeć w oczy strachowi przed Ayą. Po tylu latach, po tylu Ceremoniach, dotarło do mnie, że boję się Ayi. Boję się tego co zobaczę, boję się efektu “bodyloading” gdy czuję, że zbliża się nieuchronne i nie da się niczym tego zatrzymać. Pojechałem z intencją spojrzenia strachowi w oczy. Nie z chęcią konfrontacji. Nie chcę z niczym walczyć. Chcę po prostu spojrzeć i ocenić w sobie, czy tego odczucia faktycznie mam się bać. Tu powstaje pewien paradoks, bo ilość Ceremonii w moim życiu jest już spora, a mimo wszystko nie wiedziałem czy mam się bać. Za każdym razem było coś znacznie ważniejszego, coś z czym chciałem pracować, z czym Aya uważała, że powinienem popracować. Może tak bardzo chciałem zająć się wszystkim innym, żeby nie dopuszczać do siebie, że się boję. Przykrywałem ten strach każdym nowym spotkaniem z Ayą. Teraz, pisząc te słowa mam ochotę cofnąć czas i wypić więcej. To się dzieje teraz. Co będzie, gdy faktycznie stanę znów przed Ayą i będę miał jednym ruchem postawić się w sytuacji bez odwrotu. Jednak to czego doświadczyłem było niezwykłe. “Bodyloading” nie pojawił się, nie było strachu. Pierwszego dnia Ceremonii odpaliłem bardzo późno. Jak nie ja, gdzie zawsze jestem dość szybko po drugiej stronie lustra. Ale gdy już odpaliłem, nie wiedziałem kiedy to się stało. Po prostu nagle znalazłem się w przestrzeni, połączony z Rośliną. Byłem świadomą cząstką Wszechświata a ta cząstka była mną. Proces był bardzo głęboki. Co ciekawe nie było świadomych myśli. Nie było prób interpretacji czegokolwiek. Były tylko emocje pomiędzy mną a “Babcią”. Parę razy tylko pomyślałem – kurczę, ale dziwnie – ja nie mam myśli. By natychmiast cieszyć się radością z tej radości i znów nie mówić, nie myśleć. Pierwszy dzień był w wielkim skrócie taki:

  • – puk! puk!
  • – kto tam?
  • – strach!

    Otworzyłem drzwi a tam nikogo nie było!

Drugiego dnia było podobnie, z tą różnicą, że odpaliłem bardzo szybko i od razu dość mocno. Wizyjnie było mocniej, miejsca znajome jak np. plac zabaw. Bez “bodyloadingu” i strachu przed czymkolwiek. Z wdzięcznością i radością pojawiały się myśli:

  • – Tak, to moja świadoma decyzja, to ja tego chciałem. Wypiłem Ayę i mam siłę.
    Nie będę się nikomu tłumaczył, a tym bardziej sobie.

To zdanie pojawiało się dość regularnie, gdy pojawiało się uczucie strachu, gdy Babcia zabierała mnie w najdalsze części innych wymiarów. Gdy wracaliśmy z podróży i lądowaliśmy na chwilę w jurcie, widziałem wycieczki istot z innych wymiarów. Istot humanoidalnych, przyjaznych, zaciekawionych nami. Patrzyli na nas przez przeźroczyste kopuły, jakby połówki piłeczki do ping-ponga. Widziałem rodzinę z dziećmi. Wiek ciężko określić, bo nie wiem jak u nich wygląda czas 🙂 Jednak rodzina z dziećmi przyglądała się nam w jurcie, dzieci jak to dzieci – chyba w każdym wymiarze – buzie przy kopule, przyklejone wręcz jak do tej niby szyby, bariery energetycznej która nas oddzielała. Rodzice w którymś momencie powiedzieli – widzisz, tak wyglądają ludzie 🙂 Rozbawiło mnie to bardzo. Patrzyłem na nich od spodu. Jednak to nie było uczucie, że jestem okazem zoologicznym. To nie to. Sam proces i otwarcie umysłu spowodował po prostu otwarcie połączeń między wymiarami. Widać w tamtym świecie wiedzą kiedy to nastąpi i po prostu przychodzą popatrzeć do jakiegoś parku, może to jakieś miejsce gdzie mogą wejść i zawsze kogoś zobaczą. Przecież na świecie wciąż ktoś pije Ayę. Drugiego dnia eksplorowałem światy głębsze i te tuż pod powierzchnią. Bawiłem się ilością Ayi która mnie zabierała to tu, to tam. Zniknęło również uczucie wstydu, które towarzyszyło mi kiedyś, że wypiłem za mało. Za późno, zbyt powoli. To jak zrzucenie kajdanów i odcięcie kuli u nogi, że ja coś tam powinienem jak inni. Nie! Ja jestem mną. JESTEM! JA JESTEM!

To była przełomowa dla mnie Ceremonia. Przełomowy czas odkrycia siły i spokoju, co wynika jedno z drugiego. Odkrycie, że siłę i spokój daje pewność uczucia i słowo CHCĘ. Gdybym nie chciał, to bym tego nie zrobił. Chciałem, zrobiłem. JESTEM SILNY i SPOKOJNY, bo to była moja decyzja. 🙂

Świadomy sen. Złodzieje i kradzież ich auta.

Jakiś ośrodek wypoczynkowy. Trzy osoby, bandyci, wymuszający, właściwie okradający ludzi. W jednym z domków był mój przyjaciel z synem. Synowi coś się stało, potrzebna była pomoc lekarska. Bandyci nie chcieli go wypuścić. Powiedziałem przyjacielowi, że zrobimy inaczej. Pojedziemy samochodem tych złodziei. Szajka to trzy osoby, jedna kobieta i dwóch osiłków. Wsiedliśmy do otwartego i uruchomionego auta. Złodzieje nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Ruszyłem z piskiem opon, bandyci nie zdążyli dobiec do auta. Jedziemy. Ja mam ubaw, przyjaciel i jego syn są przerażeni. Nagle na ekranie multimedialnym auta pojawia się połączenie przychodzące od kobiety która okradała nas i innych. Trochę zdziwiony byłem, skąd ma mój numer. Nie odebrałem połączenia, słyszałem jej myśli które nie były miłe. W tym momencie uświadomiłem sobie, że to sen! Zdziwienie zniknęło i zacząłem mieć większy ubaw z tych bandytów, bo oni wciąż starali się być groźni, a ja wiedziałem, że nic mi nie grozi. Świetny sen 🙂

Nowa znajomość z Bębnem (starym) i jedność z roślinami ozdobnymi.

Dzisiejsza Podróż była jak zwykle wyjątkowa. Bardzo ciekawa, bo zaczęła się gdy były inne osoby. Interakcje, rozmowy i sposoby postrzegania w dwóch wymiarach jednocześnie niosą wiele niespodzianek. To było absolutnie piękne i nieznane mi odczucie. Gdy zostałem sam zawołał mnie mój Bęben. Choć jest ze mną codziennie, to długi czas nie było nam po drodze. Dzisiaj stało się inaczej. Dźwięki i wibracje połączyły mnie z Bębnem. Obrazy zaskoczyły. Zobaczyłem mieszki włosowe w strukturze skóry Zwierzęcia, które zostało użyte do wykonania Bębna. Widziałem sierść tego Zwierzęcia. Widziałem jak rosła, wiem w którym kierunku była gładka, w którym kierunku gładziłem “pod włos”. Mój Bęben stał się włochaty. Widziałem żyły i mięśnie, z każdym uderzeniem pałki, z każdym dotykiem moich palców skóra stawała się żywa. To było zachwycające. Czułem dotyk sierści, czułem tętno Zwierzęcia. Odkryłem mój Bęben na nowo. Wciąż to widzę, wciąż mnie zachwyca jedność ze Zwierzęciem, którego życie poświęcono na mój Bęben. Etapów podróży było wiele, skupię się jednak jeszcze na jednym. Na kontakcie i wymianie myśli z roślinami w pomieszczeniu. To zwykłe doniczkowe rośliny ozdobne. Bez kwiatów. Po prostu rośliny ozdobne jakich wiele. Jedna z nich bardzo nie lubi kontaktu fizycznego, “widziałem to”, poczułem w chwili gdy moje czoło zetknęło się z liśćmi. Pozostałe nie wykazywały “odrazy”, ale też nie łaknęły dłuższego kontaktu. Jednak z jedną z nich, nie znam nazwy, nawiązałem więź. Roślina oplotła mnie, czułem jakby dotyk dłoni. Łodygi i liście oplotły mnie wtulając się we włosy, skórę. Gładziły twarz. Czułem się jak w objęciach innej istoty. Widziałem wnętrze rośliny, system rozprowadzania wody w łodygach i liściach. Zakamarki i tunele, wszystko żyło i płynęło. Miałem także “rozmowę”. Roślina poprosiła mnie o zmianę pewnego postanowienia, w związku z inną rośliną 😀 Tak, miałem zamiar wyciąć w swoim ogrodzie ogromny krzak róży. Nie powinno go być w tym miejscu gdzie się znalazł. Jednak “prośba” była tak gwałtowna, tak szczera i tak naturalna… dotarło do mnie, że nie ma żadnego powodu, żadnego sensu, żeby uśmiercić różę. Wystarczy ją przyciąć, dopasować do otoczenia i pozwolić rosnąć. Niezwykłe doznanie jedności z rośliną, niezwykłe odczucie więzi dwóch, teoretycznie nieznających się roślin. Jedna gdzieś daleko w ogrodzie, na powietrzu. Druga, od zawsze w pomieszczeniu, w doniczce. Była także cała masa przemyśleń, zaskoczeń (choćby EGO, w moim słowniku to Analizator). Pojawiał się czasami ze swoimi docinkami, wytrącało mnie to trochę z podróży. Jednak wiem, że jego siła z dawnych 100% jest na poziomie 0.0001%. Łatwo mogę nim manipulować i wystarczy chwila skupienia, żeby pozbyć się go na długi czas. Właściwie nawet nie pozbyć, bo Analizator jest częścią mnie. To bardziej przypomina wywołanie stanu dezorientacji Analizatora. W pewnym momencie rozbawiła mnie scena, gdy przechodziłem obok siedzącego w kucki Analizatora, totalnie nie wiedział co się dzieje. Zrobiło mi się go trochę żal, ale nie zatrzymałem się ani nie odezwałem do Niego. Zostawiłem go samego, bez możliwości odezwania się do mnie. To była niezwykła podróż, wszystko było nowe, wciągające, pouczające i piękne w przekazie.

Złoty Nauczyciel, podróż do innych wszechświatów.

Wróciłem z Holandii, gdzie zrobiłem, sam dla siebie, Ceremonię z udziałem Złotego Nauczyciela. Tym razem oddałem się całkowicie tej Ceremonii. Nie kontrolowałem już czasu, nie obserwowałem reakcji, nie zapisywałem niczego. Pozwoliłem płynąć emocjom, pozwoliłem sobie na totalną podróż. To była jedna z piękniejszych podróży którą odbyłem w samotności. Wizje były bardzo realne, bardzo głębokie. Jurta (w mojej głowie) była wręcz fizycznie namacalna. Dziesiątki, może setki energii tuż obok mnie. Byliśmy połączeni, choć nie wiem kim ONE były. Jednak w kręgu to bez znaczenia. Jedna z bardzo wyraźnych myśli, która pozostała w głowie to to, że schodząc głębiej i głębiej, widziałem siebie jako wszechświat. Schodząc jeszcze głębiej docierałem do pojedynczej komórki w moim ciele, znów głębiej i okazywało się, że każda z tych komórek była osobnym wszechświatem. W każdym z tych wszechświatów były kolejne istoty, których komórki były wszechświatami. Nie umiem oddać emocji które mi towarzyszyły, nie da się opowiedzieć radości, ale i zaskoczenia tą wizją. Była inna, była nieznana mi wcześniej. Nie bardzo też wiem, skąd się wzięła. Nie przypominam sobie rozmyślań w ten sposób i na ten temat. Była piękna, odprężająca i zaskakująca.

Daime – historia niepodobna

Za mną kolejne spotkanie z Mamą Daime. Miejsce to samo, trzon ekipy ten sam, ludzie inni, chociaż w sumie tacy sami.

Trochę to brzmi, jak z jednego z filmów o Asterixie i Obelixie, gdy ktoś “podrobił” magiczny napój. Asterix, tłumacząc zgromadzonym mówi tak: Smak ten sam, zapach ten sam. Ale to nie napój magiczny! To zupa jest z brukselek!

Na początku więc, jesteśmy tymi brukselkami. Poszukujący, znajdujący, eksperymentujący. Bo tak na pierwszy rzut oka mi się wydawało, że mogę sobie zrobić eksperyment z własnym doświadczaniem. Stajemy się jednak jednością i prawdziwą z prawd, w połączeniu z Napojem Magicznym.

Dzień 0 (dla mnie, bo niektórzy byli już od środy)
Nie będę się skupiał na dniu przyjazdowym, bo to tradycyjnie dzień na poznanie się, odpoczynek od systemu. Wyciszenie, bycie ze sobą.

Dzień 1
Pierwsza ceremonia, gdzie prócz tradycyjnej, w moim przypadku intencji miłości, pojawiła się tym razem ścieżka w stronę – “ja nie mam cierpliwości”. Po iluśtam już Ceremoniach, wiem czego się spodziewać, wiem jakie są pierwsze objawy, że Aya się zbliża. Czekam więc “cierpliwie”, czytając książkę “Życie Buddy”. Ot, leżała na półce to wziąłem, przypadek, nic więcej :P. Czytam i nic. Czytam, czekam, cierpliwie czekam. Nic. Przyszła pora na drugi kubeczek. Przyjąłem zawartość kubeczka. Czekam. Czytam. Nic. Postanowiłem przenieść się z jurty pod drzewo, tuż za domem. Wziąłem poduszkę do medytacji, poszedłem pod drzewo, ułożyłem się w cieniu… I tyle mnie widzieli 🙂 Aya przyszła na początku bardzo fizycznie. Nie chodzi o siłowo, w znaczeniu fizycznie. Fizycznie, czyli cieleśnie. Dźwięki, kolory, kształty, dotyk, ciepło słońca. To był wgląd bardzo szybki, podpowierzchniowy (miałem wrażenie pływania pod taflą wody). Pojawiły się moje Duchy. Już umiem je rozpoznawać. Nawet chyba nie było “dzień dobry”. Po prostu padło zdanie – Ty masz cierpliwość… masz jej bardzo dużo. Ty jesteś zwyczajnie NIERCIEPLIWY. To mnie totalnie zaskoczyło. Zaczęła się “rozkminka” – to przecież to samo. Oj… jak bardzo się myliłem. Cała piątkowa podróż była lekcją. Potem, moje myśli powędrowały w bardzo pokrewne rejony odczuć, co znaczy “jestem, mam, czuję”. Rejony człowieka jako bytu skończonego. Wszystko w nas, powinno być w równowadze. To, że jestem niecierpliwy – nie oznacza, że mam w sobie pielęgnować cierpliwość. Oznacza to tylko, że trzeba przyciąć tę niecierpliwość o tyle, o ile wystaje z naszej świadomości. Gładka powierzchnia. Jak puzzle – nie można chcieć pozbyć się strachu. Trzeba przyciąć go do wielkości odwagi. Bo i strach i odwaga, są potrzebne nam samym. Służą do innych rzeczy. Ale są częścią nas. Pojawiła się myśl, pytanie, zastanowienie się nad tym, że ja, jako osoba – czuję się skończony. Czuję się bardzo dobrze sam ze sobą. Jestem spełniony i szczęśliwy. Spokojny i zsynchronizowany. Dlaczego więc, jeszcze lepiej niż lepiej, czuję się, gdy są inni. Moje Duchy wiedzą, że jestem raczej binarny. 0 albo 1. Prostota przekazu to coś, co lubię. Pojawił się ogromny pączek :). To byłem ja. Ja, jako skończony, pełny i pyszny pączek. “Znikąd” zaczął się wylewać lukier na pączka. To są właśnie inni. 🙂 Dlatego czuję się lepiej niż lepiej, gdy są inni. Nie chodzi tu o upiększanie mnie, chodzi tu o bycie z innymi. O bliskość, jak blisko jest lukier na pączku. Taka wymiana energii.. Pączek i lukier. Lukier i pączek. Nikogo z nas nie można uzupełnić sobą. Ale można otoczyć go czymś wspaniałym. Nie da się nadgryzionego pączka uzupełnić innym pączkiem, bo to zawsze będzie inny pączek, nie pasujący w doskonały sposób do nas. Jednak gdy my uznamy, że jesteśmy dobrze wypieczonym, wyrośniętym pączkiem, pozwolimy na lukier innych, otrzymamy połączenie doskonałe. Dla siebie będziemy zawsze pączkiem, dla innych będziemy tym lukrem.

Gdy tylko zaczęło mi się wydawać (bo dolewek w piątek, w moim przypadku nie było. Był kubeczek startowy “0” i kubeczek właściwy “1” znów binarnie), więc gdy zaczęło się wydawać, że Aya odchodzi, poszedłem po owoce. Miałem parcie na jabłka. Wziąłem “garść” i z pasją wchłaniałem, siedząc na ganku. Pojawiały się myśli – ileż można jeść jedno jabłko. Ile to trwa? Chwilę potem rozmawiałem z Badim, gdy zaproponował soczek z jabłek, rzuciłem – mam potrzebę gryzienia :)))))))))))))))))))))) Nie minęło kilka myśli, Aya wróciła jakby ze zdwojoną siłą. Znów drzewo, znów zabawy z cieprliwością. Obserwowanie liści, chmur, słuchanie wiatru. Chmury stawały się obrazami z gier retro, piksele rozdzielczości 160×200. Piękny proces, dużo emocji i spokoju. Tak “dojechałem” do końca dnia.

Dzień 2
Wszystko tak samo, z małym wyjątkiem. Nie było intencji. Chciałem dać wolny wybór Ayi. To już drugi raz, gdy tak robię. To się sprawdza, przynajmniej u mnie. Dzień pierwszy nauka, dzień drugi swoboda. Zaczęło się, wiadomo – kubeczek “0”. Miałem wrażenie “buuuum” po kilku chwilach. Aya zadziałała dość gwałtownie. Nawet, pokuszę się o to stwierdzenie, że dość nieprzyjemnie. Miałem w głowie scenkę z filmu Matrix, gdy Neo jest u Architekta, a z ekranów różne wersje Neo krzyczą do niego, oskarżają go, wyzywają, mają wątpliwości. U mnie było podobnie, tyle, że zamiast Neo byłem ja. Broniąc się przed Ayą, wywalając z ust, z prędkoscią karabiu maszynowego, zdania – nie chcę, mam zły dzień, nie lubię, nie mam potrzeby, przecież to moja decyzja, może innym razem. Kocham moje Duchy, które zawsze, ze spokojem, CIERPLIWOŚCIĄ :), ogromną miłością i zrozumieniem, odpowiadały – “jasne, przecież Ty nic nie musisz, możesz oszukać, możesz wylać, możesz iść gdziekolwiek, jesteś wolny”. Zrobiło mi się wtedy dość nieswojo. Głupio wręcz, że to usłyszałem. Przecież faktycznie, jestem tu z własnej woli. Skoro więc jestem, to dam sobie możliwość BYCIA. Jestem pewny, że pierwszej dolewki nie przyjąłem, bo gdy się “obudziłem” kubeczek stał w miejscu gdzie go zostawiłem po kubeczku “0”. Wtedy przyszła myśl (jedna w wielu później), która mnie totalnie rozbawiła. To chyba był mój pierwszy hihot w jurcie. Myśl, że jak mogłem pomyśleć, że ktoś będzie miał pretensje, że nie wziąłem kolejnego kubeczka, gdy był czas kubeczkowy. I to nawet nie śmiałem się ja, to znaczy fizycznie hihrałem się ciałem osobiście, ale w mojej głowie była Rada Hihraczy, która pokazała mi, że ten czas był odpowiedni na pierwszy kubeczek i miał trwać tyle ile trwał. Bo to nie chodzi o tę, konkretną sytuację. Tu chodzi o całość mnie. Odmowa czegoś, zgodna z własnym sumieniem i przekonaniem, nie może wiązać się z poczuciem winy za to. Bo to nie jest odmowa przeciwko komuś/czemuś. To odmowa w zgodzie ze sobą. Odmowa, która nie krzywdzi nikogo innego, nie krzywdzi mnie. To było na tyle silne uczucie lekkości i spokoju, że nie pamiętam kolejnych dolewek, które jednak przyjmowałem wtedy ochoczo. Były 2, może 3 dolewki. Nie wiem. Ale do tego stopnia odczuwałem wręcz potrzebę kolejnych porcji, że gdy w kubeczku zostawał osad z wywaru z poprzedniego razu, dolewałem wody, mieszałem i wypijałem wszystko, żeby kubeczek był pusty/czysty, gotowy na kolejny raz. Niesamowite uczucie lekkości. Chcę, a nie muszę. Dużo czasu spędziłem w jurcie, ale chyba więcej na zewnątrz. Mam przebłyski scen, gdy poruszałem się, np. aby dolać sobie wodę z dzbanka. Ruchy jak w zwolnionym filmie. Miękkość podłogi, jakbym chodził po gęstym budyniu, proces nalewania wody, gdy nie chciałem, żeby cokolwiek zabulgotało, lałem wodę po ściance kubka, to trwało wieczność. Obserwowałem wodę, kubek wydawał się już pełny, gdy go zakręcałem, okazywało się, że jest ledwo na dnie. Jakieś, znane z opowieści, może trochę z własnej pamięci, rozkminki o dłoni. Zabawa palcami. Wychodzenie z jurty było wyzwaniem. Świat był piękny, nowy, nieznany. Bez względu gdzie byłem, gdy pojawiał się spokojny, jak grecki posąg, z rękami założonymi do tyłu, głaszczący swoją “zeusową” brodę. Nieabsorbujący sobą, pełen troski, miłości i radości. Pojawiał się Badi Myśl. To było niesamowite, bo mam wrażenie, że wyczuwałem, gdy Badi się zbliża. Otwierałem wtedy jedno oko, czasami drugie i czekałem na to, żeby na mnie spojrzał. Czasami spojrzał, czasami nie (raz tylko zrobiło mi się smutno, gdy nie spojrzał). Ale zaraz po tym, zawsze wracała radość i miłość. Jakby Badi Myśl, przeistaczał się w Badiego Kometę, ciągnąc warkocz radości i miłości, jak płaszczem przykrywał całość wszędzie tam, gdzie się pojawiał. Leżąc w jurcie, wręcz fizycznie czułem, jak coś opada na mnie i daje uczucie spokoju. Mogłem podróżować dalej. Mój stan trwał bardzo długo, nawet po kolacji pojawił się znów, gdy już byłem w łóżku. Odkrywam to za każdym razem, że moja wrażliwość na Daime jest bardzo duża. Aya wróciła, choć delikatnie, ale wróciła. Z paletą obrazów i barw. To są te wszystkie rzeczy, którymi miałem się podzielić podczas “szeringu”. Po pierwsze jednak, mój stan był jaki był, ale na tamten moment ważniejsze, najważniejsze i najmocniejsze było doznanie inne. Byłem świadkiem przemiany tak głębokiej, tak potężnej, że nawet teraz mam ciarki na ciele, gdy o tym piszę. Wtedy (czwartek), gdy Ją poznałem, dziewczynka o pięknym imieniu Danja. Grzeczna, cichutka. Bardzo wrażliwa. Powiedziała w czwartek, że jestem jej Ayahuscowym tatą. Mieliśmy długą rozmowę, której wynikiem był właśnie ten zaszczyt bycia jej “tatą”. Ta dziewczynka, przy kolacji po pierwszej Ceremonii, bardzo się ucieszyła (a mnie zatkało), gdy powiedziałem o Niej, w zwykłej rozmowie, że “ta, młoda Kobieta.. coś tam coś tam..”. Nie pamiętam nawet czego dotyczyła ta rozmowa. Ot, po prostu siedzieliśmy we czwórkę przy stoliku jedząc kanapki :). Więc już w piątek – pojawiła się KOBIETA. W sobotę, już przy ognisku, zauważyłem, że Danja biega po wzgórzu!!!!! Jakby goniąc pokonanych. Pod to wzgórze ciężko jest wejść (będąc w objęciach Ayi), nie mówiąc o bieganiu. Danja to robiła. Włosy już nie, spięte w kucyk. Włosy rozpuszczone, Ona ubrana w piękne, królewskie wręcz szaty. Wiatr, który bawił się Jej włosami. W pewnej chwili wróciła ze wzgórza, cisnęła poduszką (cisnęła to tylko grzeczna, bardzo grzeczna forma wyrazu, tego co widziałem). Wzięła śpiwór spod drzewa (które było moim azylem dzień wcześniej) i krokiem Wojowniczki, krokiem Zwycięzcy szła w stronę ogniska. Za nią widziałem zgliszcza. Ogień, ruiny, huragan. Widziałem potęgę i moc, Silnej Kobiety, której wtedy lepiej w drogę nie wchodzić. To było coś niesamowitego. Ta Wojowniczka po prostu usiadła z nami. Usiadła i wiedziała, że urodziła się przed chwilą, jako ktoś zupełnie inny. To było bardzo mocne doznanie dla mnie.

Na koniec wrócę do tego eksperytmentowania, o którym pisałem na początku. Po krótce, jestem zakochany w retro technologii. Komputery lat 80. Commodore 64 między innymi. Gdy już nadejdzie na to moment, podzielę się z Wami intrem, które zatytułowałem “Yawanawa”. Ale to stanie się, gdy skończę je kodować.
Eksperyment miał polegać na – “Sprawdzeniu, jak mogę podnieść swoją znajomość programowania procesora MOS6502, używając do tego języka assembler :), podczas hiperaktywności neuronów w trakcie Ceremonii.” Krótko mówiąc przeczytam książkę o tym podczas podróży i po prostu będę “de best” 🙂

Brzmi, jak przynajmniej temat rozprawy doktorskiej. Dla uważnych i spostrzegawczych – tak… napisałem — Eksperyment “miał” polegać. — Aya miała zupełnie inne plany, niż moje świadome, co z tego, że rozkochane w retro zabawkach, ale wciąż świadome ja i “ja” chciejstwo. Nasze chciejstwa i wyobrażenie o potrzebach “ja”, jest wspaniale inne od tego, co Aya ma do powiedzenia. Książka leżała w tym samym miejscu, gdzie położyłem ją na początku. 😀

Jestem Jej za to wdzięczny. Dziękuję za Jej mądrość.