„Młody” – dojrzały mężczyzna

Znów pojawia się motyw mężczyzny, znów krąg i znów zdziwienie. Tym razem sen bardzo krótki ale bardzo zaskakujący. Śnił mi się chłopiec, na oko 16-17 lat. Mały, wręcz karłowaty, z okrągłą twarzą. Dość pulchny. Był uczestnikiem znów jakiejś ceremonii, kręgu. Zapytałem, czy nie jest za młody na tego typu działania. 16 lat to jednak dość mało. On mi odpowiedział, że ma 56 lat. W tym momencie zacząłem się histerycznie śmiać. Było to dziwne, nie tyle nieprzyjemne co dość niekomfortowe. Nie mogłem tego śmiechu opanować. Wiedziałem, że powinienem przestać ale wciąż się śmiałem w bardzo dziwny sposób.

Oczyszczania stóp i inicjacja

To były w sumie dwa sny. Ten pierwszy wydał mi się dość banalny i krótki, żeby go opisać w dwóch słowach. Jednak dzisiaj, po przebudzeniu od razu połączyłem te dwa sny. Pierwszy – śniło mi się, że mam stopy w koszmarnym stanie. Skóra tak zrogowaciała, że tworzyła właściwie buty. Pojawił się ktoś kto potrafił zdjąć z moich stóp te podeszwy. Zrobił to bezboleśnie i sprawnie. Stopy wyglądały jak chwile po wyjściu od pedicurzystki. Gładkie, miękkie i różowe. Widać było świeżą skórę, delikatną. Pozostały jednak dwa okrągłe miejsca, dokładnie na ścięgnie Achillesa, gdzie ta gruba i twarda jak kamień warstwa skóry została. Nie mogłem tego zdjąć. Dzisiaj, bardzo długo gdzieś jechałem. Różnymi środkami transportu. Dojechałem do małego miasteczka. Było tam bardzo czysto, niesamowite kolory ulic, brązy drzew, liści (więc to musiała być jesień) i cienie drzew skąpane w żółtym, mocnym, ale nie rażącym świetle słońca. Wszystko nienaturalnie ostre, jakby ktoś podkręcił kontrast w TV. Poszedłem z jakimś mężczyzną do domu. Tam, przy owalnym stole siedzieli starcy. Ale nie dziadki. Starcy indiańscy, Inuici i chyba jeden biały. Indianin, potężny, postawny mężczyzna przyniósł turkusowy pled, narzutę którą założył mi na ramiona i plecy, mówiąc jakieś niezrozumiałe słowa, jakby śpiewał pieśń. To była bardzo ciężka tkanina. Zapytał czy ten kolor mnie nie drażni, taki turkus. Ale zapytał nic nie mówiąc. Po prostu wiedziałem. Odpowiedziałem, że wszelkie odcienie niebieskiego, sam niebieski jest moim ulubionym kolorem. Szczególnie głęboki chabrowy. Zacząłem się rozglądać po zgromadzonych, nie wiem dlaczego wcześniej tego nie zauważyłem, każdy z nich miał na sobie coś w turkusie i coś w tym moim chabrowym. To było niesamowite. Po chwili wydawało mi się, że kolory ich ubrań zmieniły się na moje niebieskości w chwili, gdy powiedziałem o tym. Z ich min było widać, że to taki żarcik, mieli delikatny ubaw gdy patrzyli na moje zdziwienie, że dostosowali kolory ubrań do moich ulubionych. Gdy już miałem tę tkaninę na sobie, nie bardzo wiedziałem co zrobić. Podchodziłem do każdego po kolei (ale w odwrotną stronę niż ruch wskazówek zegara, co dla mnie jest dość istotne, bo nie lubię tego kierunku w realnym życiu) i albo kucałem albo przyklękałem obejmując każdego z nich dziękując za wszystko. Gdy podszedłem do mężczyzny który mnie tam przyprowadził (siedział na godzinie 11 przy stole)
uklęknąłem przy nim, schowałem się w jego uścisku i usłyszałem „kocham Cię”. Chwilę trwaliśmy w tym braterskim geście, wstałem, podszedłem do Indianina który mi założył ten niby płaszcz, zrobiłem to samo, ale tym razem to ja powiedziałem – kocham Cię. Odpowiedział tym samym.

Sweat Lodge w Zajęczym Jarze

Właśnie wróciłem z pełniowego Szałasu w Zajęczym Zarze, niedaleko Cieszyna. Miejsce dobre, z dobrą energią. Początek był jednak dość energetycznie wyczerpujący. Z mojego powodu. Pojechałem tam z intencją zwolnienia wewnętrznego, pozbycia się wymówek, że czegoś tam nie zrobię, bo mam inne ważniejsze sprawy. Lekki chaos, bo kogo jak kogo, ale siebie nie da się oszukać. To było czyste lenistwo, wygodnictwo i delikatne zejście z obranej ścieżki. Na miejscu chaos organizacyjny, brak zdecydowania w działaniu i lekkość w trwaniu, że jakoś to będzie spowodowała u mnie wewnętrzny bunt (największy, gdy okazało się, że nie ma kamieni (!). Podjąłem jednak to wyzwanie, bo przecież spotkało mnie dokładnie to samo, z czym przyjechałem się zmierzyć. Jak się okazało, wszystko dało się spiąć ze sobą. Były i kamienie (po które pojechaliśmy 40 km) i ogień zapalił się pięknie, i szałas wyszedł jak od linijki (świetny patent na zimowe szałasy, to ławeczki z drewna w środku). Moja intencja (nauczony doświadczeniami z Ayahuaską) była prosta. Więcej czasu na myślenie, uważność na to co robię, więcej czasu na bycie ze sobą. Podczas pierwszej bramy powietrznej, gdy się „rodzimy” skojarzyło mi się to z tęsknotą, za powrotem ze szkoły, rzuceniem tornistra w kąt i biegusiem na trzepak :))) Pod koniec pierwszej bramy, pojawiła się panika i wewnętrzny chaos. Wirówka myśli i poczucie, że powinienem na tym zakończyć swój Szałas. Późniejsze energetyczne etapy mogą zbyt mocno podziałać, a ja przecież potrzebuję spokoju. Tak zrobiłem. Podczas wnoszenia kamieni na drugą bramę wyszedłem z Szałasu, złożyłem dary dla Ognia i zakończyłem ceremonię. To pierwszy raz, gdy wyszedłem tak szybko. Zasnąłem, choć nie do końca głębokim snem. Wizja która mnie mocno zdziwiła. Chodziłem ulicami, ludzie, jak to na ulicach. Ich ciała były normalne, cielesne. Twarze były namalowane na płótnach, deskach, ciężko powiedzieć. Wszystkie były czarnobiałe, bez wyrazu. Nie dało się odczytać żadnych emocji. Były puste, choć żywe. Przemieszczały się z ciałami, ale same twarze pozostawały nieruchome. Żadnych ruchów ust, brwi, policzków. Kolejna sprawa, to to, że bez względu na odległość z której patrzyłem na te twarze, wciąż wyglądały tak samo. Jakby miały nieskończoną rozdzielczość. Próbowałem się przypatrywać tym twarzom z bardzo bliska, ale wciąż widziałem je tak samo, choć ciała to się oddalały to zbliżały. Dzisiaj, po porannym kręgu i pożegnaniu rozjechaliśmy się w swoje strony.

20171203_11200520171203_112008 20171203_111952 20171203_112011

Uzupełnię jeszcze o jedną rzecz. Podczas pożegnalnego kręgu wyciągaliśmy z rozłożonej talii karty. Niesamowite było to, że 100% z nas wyciągnęło karty ze swoimi intencjami. Nie, to nie jest naciąganie faktów ani naciąganie interpretacji. Byłem i widziałem. Bo jak nazwać inaczej intencję zakończenia konkretnego etapu w życiu (intencja z wczoraj) a wyciągnięta karta dziś rano to „Nowy rozdział/nowy etap”. U mnie „Szczerość”. Co idealnie pasuje do tego, gdy próbowałem być nieszczery sam ze sobą.

 

20171203_105715

Ceremonia i wydalane robaki

Szedłem do bloku mieszkalnego. Na jakieś spotkanie. Zastałem tam kobietę, która szykowała się do wyjścia lub do spania. Była w łazience. W kuchni było trzech mężczyzn. Mieli przygotowane naczynia (tykwy) z jakimś płynem. Po kolei zaczęliśmy to wypijać. Po chwili cała trójka zaczęła wymiotować, dostali biegunki. Ja jedyny byłem zupełnie zdrowy. Przyglądałem się im i ich reakcjom. Na podłodze pojawiły się robaki. Tasiemce, glisty i cieniutkie, niczym nitki, białe robactwo. Ruszały się, cała podłoga była jak dywan z robaków. Wszyscy trzej byli bez świadomości. Ja, spokojnie, jakbym wiedział, że nic im nie grozi wyszedłem z mieszkania.

Ceremonia Ayahuasca

Śniłem o drugim pobycie u moich przyjaciół na ceremonii z Ayahuasca. W realnym życiu byłem tylko raz. Wspomnienia mam niesamowite. Piękne, wspaniałe i bardzo to wszystko wtedy przeżyłem. We śnie pojechałem znów. Było znacznie więcej osób, choć tylko 6 było całkowicie na biało. Reszta osób, to jakby wycieczka, filmowali to i fotografowali (choć normalnie tego się nie robi w trakcie). Z przerażeniem odkryłem, że nic nie pamiętam z ceremonii!! Nie pamiętam nawet samego wejścia przez przyjęciem Ayi. Pytałem ich czy coś się wydarzyło, dlaczego nie było ceremonii. Okazało się, że była, że ja też uczestniczyłem. Pokazywali zdjęcia, filmy. Nic nie pamiętałem.