Stara fabryka, magazyny i dwóch robotników

Pojechałem z kobietą do, jak się na wydawało, opuszczonych hal produkcyjno-warsztatowych. Okazało się, że jednak coś się tam dzieje. Podjeżdżały autobusy, samochody kempingowe. My przechodziliśmy z hali do hali, aż trafiliśmy na miejsce bardzo trudne do przejścia czystą stopą. Było pełno błota, mazutu wręcz. Dotarliśmy do ostatniej hali, gdzie był człowiek, jakiś mechanik, który opowiedział nam o tym, że autobusy i inne auta przywożą tu zużyty olej. Oni go potem jakoś zagospodarowują. Na dowód pokazał nam beczki z czarną śmierdzącą breją. Wróciliśmy do ostatniej hali, gdzie był już jego kolega. Wypompował z innej beczki olej (uż po oczyszczaniu); był w kolorze butelkowej zieleni. Dostaliśmy od niego ten olej w ramach prezentu. Od naszego przewodnika otrzymaliśmy też jakieś śrubki, rurki i drzwi!!!. Ogromne drzwi w kształcie trójkąta. Miały przynajmniej 3 metry wysokości. Pożegnaliśmy się i w drodze powrotnej tak obładowani przechodziliśmy przez każdą z hal (pomimo, że mogliśmy po prostu wyjść bramą przez podwórko). Na każdej z hal spotykaliśmy ludzi. Pracowali tam. Część z naszych bagaży/podarunków sprezentowaliśmy spotkanym robotnikom. Mówili, że to dla nich. Dziękowali. Jakbyśmy byli potrzebni, żeby przenieść coś na inne hale. W końcu dotarliśmy do wyjścia. Okazało się, że to ulica w Wiśle. Deptak w miejscu, gdzie zawsze sprzedają obrazy. Jest takie miejsce pomiędzy przejściem na bazar a knajpką, w okolicach kościoła przy głównym deptaku. Problemem były te drzwi. Nie miałem ich jak zapakować, więc po prostu zostawiłem je pod wejściem. Wiedziałem, że zaraz ktoś się przyczepi. Długo nie czekałem. Starsza pani biegła za nami krzycząc, że nie mogę tych drzwi tak zostawić. Na co ja odpowiedziałem, że zabierzemy je potem Żukiem, bo teraz mam za małe auto.

Ulewa i jazda autobusem

Niewyobrażalnie potężna ulewa. Jeździłem po moim mieście autobusem. Kierowca był jakimś moim znajomym. Rozmawialiśmy na temat ulewy. Czegoś takiego nie widziałem nigdy. Z nieba lały się ogromne ilości wody, jakby ktoś odkręcił ogromny kran. Ludzie starali się ukryć, ale nic z tego nie wychodziło, bo z każdej rynny, dziury w chodniku, kanału – tryskała woda. Ja jechałem do lekarza i zastanawiałem się, co zrobić, żeby nie zmoknąć.

Dwa statki i rozcięta pięta

Znów motyw statków. Tym razem te dwa (!!!) statki rozbiły się o budynki. Właściwie to rozbiły budynki. Statkom nic się nie stało. Dziwne jest to, że nikt w mieście nie był specjalnie zdziwiony tym faktem. To ja szukałem pomocy, wytłumaczenia tego faktu. W pewnym momencie lewa noga zaczęła mnie boleć. Spojrzałem na piętę i zobaczyłem pionowe rozcięcie od ścięgna Achillesa do końca pięty. Próbowałem zakleić to plastrem. Bez rezultatu. Dostałem od kogoś lub znalazłem dziwną gąbkę, jakby pszczeli plaster z miodem. Miało to grubość paczki papierosów, z jednej strony rzeczywiście miało kleistą maź, przypominającą miód. Przyłożyłem to do nogi i ból ustał.

Sztorm i dwa statki

Byłem na morzu. Wiał bardzo silny wiatr. Byłem na jednym z dwóch ogromnych statków płynących tymi wodami. Wiedziałem, że na statkach nie ma nikogo. Miałem numer telefonu do kapitana. Zadzwoniłem i powiedziałem, że dzieje się coś złego. Statki nie płyną prawidłowo. Kapitan odpowiedział, że jest na urlopie, a statki mają autopilota, więc nie ma się co martwić. Upierałem się, żeby to sprawdził, on upierał się, że jest na urlopie. W końcu uległ. Coś kazał mi sprawdzić. Okazało się, że mam rację. Poprosił mnie, żebym przypilnował te statki do czasu aż wróci, zdecydował się bowiem przerwać urlop. Nie wiem jak, ale te dwa ogromne, oceaniczne statki przyciągnąłem do mojego miasta, do rzeki Odry. Zacumowałem przy brzegu. Zbliżała się noc. Wiało jak na oceanie. Dziwne było tylko to, że nie było fal. Woda zachowywała się jednak tak, jakby się gotowała. Całe masy pęcherzyków powietrza, ale i absolutnie czysty biały kolor wody, przypominały wodę spadającą z wodospadu. Spotkałem koleżankę, która zaoferowała mi, że podczas gdy będę oczekiwał na kapitana statków, ona dotrzyma mi towarzystwa. Kupiła dwa kefiry i powiedziała: – Chodź, idziemy pilnować statków.

Chodzenie po wodzie

Byłem nad brzegiem rzeki. Słońce, pełno ludzi. Trwała jakaś majówka. Stwierdziłem, że zrobię coś dziwnego. Zacząłem chodzić po wodzie. Woda zachowywała się jak ciecz nienewtonowska. Niestety inni, który chcieli robić to samo, po prostu wpadali do wody. Podszedłem do łodzi, w której siedziała kobieta. Bardzo atrakcyjna. Chciała, żebym poleciał z nią do Londynu na weekend. Sprawdziłem cenę biletów. Wyszło ponad 1000 zł. Do tego miałem lecieć z córką. Więc odmówiłem, mówiąc, że ponad 2 tysiące na 2 dni, to za dużo. Ale przytuliliśmy się, czule pożegnaliśmy. Wróciłem po wodzie na brzeg.

Wiem, że było coś jeszcze. Uzupełnię wpis, gdy odzyskam pamięć.

Korea i poszukiwania lekarza

Byłem znów w Korei (kiedyś miałem sen o starych monetach i Kim Dzong Unie). Tym razem znów przerażeni ludzie, „wódz” przechadzający się pośród nich. Wywołujący paniczny strach. Ja znów byłem gościem. Ci ludzie czegoś szukali dla mnie, coś mieli zrobić dla mnie, ale to się nie udawało. Mieli w oczach strach przed karą, przed śmiercią. Zmiana scenerii. Jakaś szkoła, budynek, gdzie był także jakiś urząd, gabinety lekarskie. Szukałem jednego z nich. Szukałem lekarza. Chodziłem po korytarzach. Trafiłem na wyjście, na daszek. Siedzieli tam jacyś mężczyźni z dziećmi. Dach był stromy, jedno z dzieci zsunęło się na daszek poniżej (oj… jak ja marzę o tym, żeby umieć malować – namalowanie moich snów i zobaczenie ich na żywo – bezcenne) . Jeden z ojców rzucił proste: – Uważaj! – jakby zupełnie nie przejmując się, że dziecko spadnie. Nic się na szczęście nie stało. Wiedziałem, że muszę iść na drugą stronę. Musiałem skoczyć na coś pomiędzy dachem a daszkiem. Było bardzo stromo. Udało się. Wskoczyłem potem na niski daszek i znalazłem się właściwie przy ziemi. Z tej perspektywy wcale nie wyglądało to źle. Nie było nawet wysoko. Wszedłem do budynku, po drugiej stronie, szukając lekarza.